DRAMAT PORZUCONEGO DZIECKA

Przypiliło mnie życie, by napisać o najtrudniejszym czasie mojego życia, a mianowicie o TRAUMIE PORZUCENIA. Zwlekałam z tym tematem, bo chciałam go poruszyć na YouTube. Niestety, nie umiem o tym opowiedzieć bez emocji, bez uczuć, bez łez… Głos mi drży. Gardło ściska. Dużo już w tym temacie zrobiłam. Nie myślę o tym na co dzień. Ograniczyłam wpływ tego wydarzenia na moje życie do minimum. Jednak od czasu do czasu echo tego co się stało, odbija mi się czkawką. Z głębokimi ranami jest tak, jak ze złamanym, zrośniętym kolanem, które pobolewa przy zmianie pogody…

Miałam 13 lat. Moi rodzice zbankrutowali. Może i dobrze, bo już tak się kłócili, że poważnie myślałam o odebraniu sobie życia… Coś we mnie pękło. Ten dom mnie zabijał. Nie mogłam już tego znieść. Tych wiecznym kłótni, wyzwisk, bijatyk… Zbankrutowali i postanowili się rozstać. W tym czasie każdy próbował „ugrać” dla siebie jak najwięcej, by spieprzyć jak szczur z tonącego okrętu… Ja byłam niepełnoletnia. Ale kto by się mną przejmował?Dodatkowo jeszcze te bachory w szkole i to wieczne dokuczanie. Nikt z nauczycieli, mądrzy rodzice „nie widzieli” co się dzieje. Może tylko nie chcieli widzieć… Eh… szkoda gadać…

Pamiętam Sylwestra – moja matka poszła na niego, do swojego faceta. Nie podejrzewałam, że jej nowy związek, jej nowe „szczęście”, jej nowe życie to moja emocjonalna śmierć. ŚMIERĆ przez duże Ś. Jedyne co jej się udało zrobić dla mnie w tamtym okresie, to przeniesienie mnie do innej szkoły, gdzie choć przez kilka miesięcy miałam spokój. Jestem wdzięczna pracownikom tej szkoły. Czasem sobie myślę, że coś nade mną czuwało, że musiałam dostać trochę akceptacji, by pójść dalej. Nie miałam tego w domu, więc nic dziwnego, że ludzie na zewnątrz tego nie przejawiali. Zwłaszcza dzieci, które bywają okrutne…

Wracając do rodzinnego piekiełka, to mój tata mieszkał jeszcze ze mną przez 2 miesiące od wyprowadzki matki. Zapadłam na depresję. Zapadłam w zimowy sen. Sen, który pozwalał mi nie czuć. Nie patrzeć na to, co się dzieje. Mój ojciec wybudzał mnie z mojej śpiączki, by nakarmić mnie gorącym kubkiem. Pamiętam, że na wpół przytomną karmił łyżeczką… Pewnego dnia wparowała moja matka i kazała mu wypierdalać, bo to ona budowała ten dom. No to wypierdolił i zajął się swoja „nową rodziną”. Mój brat już dawno się zmył do swojej dziewczyny. Siostra w Warszawie. Zostałam sama. Pogrążona w smutku, którego nie czułam, bo przecież wiecznie spałam. Dotrwałam do końca roku szkolnego i się obudziłam. Na moje nieszczęście…

Pamiętam, jak moja matka przyszła od swojego faceta, zbierać agrest. Po jednej stronie krzaczka byłam ja, a po drugiej ona:

– Mamo wróć.

– Nie wrócę!

– Dlaczego?

– Bo ja jego kocham.

Coś we mnie pękło. Dziecięca logika doprowadziła mnie do wniosku, że skoro nie chce ze mną być, że woli z nim, że jest z nim, bo go kocha oznacza to, że mnie NIE KOCHA.

Skończyłyśmy z agrestem. Poszła. Znowu zostałam sama.  Ból przeszywał całą moją duszę. Poszłam na górę i zawiesiłam sznurek na żyrandolu. Nie, nie chciałam umrzeć. Chciałam tym aktem zwrócić na siebie uwagę. Że ja też jestem. Może wtedy ktoś by się zainteresował. By ktoś zobaczył, że jestem. CHCIAŁAM MAMĘ…

Zabrakło mi odwagi. Do tej pory widzę małą dziewczynkę skuloną, płaczącą z bezsilności. Nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam jej zmusić do powrotu. Ba! Nie mogłam jej zmusić do uczuć. To nie była już ta sama moja mama. Kiedyś przynajmniej miałam z nią złe, ale też i dobre chwile. Teraz nic. Kompletna pustka. Zaczęłam „biegać” za własną matką. Próbowałam przynajmniej. Chodziłam tam, gdzie mieszkała i żebrałam o okruchy miłości. Za każdym razem zderzałam się ze ścianą. Z kulą śniegową, z obojętnością. Czasem myślałam, że się naćpała jakiś leków zobojętniających, bo jedyne co widziałam w jej oczach to ZNIECZULICA.

Poddałam się. Nie dałam rady wrócić w jej łaski.

Zapadłam w jeszcze większy dół. Marazm wymieszany z wkurwem. Tęsknota za miłością wymieszana z nienawiścią. Dopadła mnie druga twarz depresji – BEZSENNOŚĆ. Sama nie wiem co gorsze. Tym razem nie mogłam uciec w sen. Tym razem dopadły mnie wszystkie demony. Demony w sensie dosłownym i w przenośni. Nie mogłam spać. Zasypiałam dopiero nad ranem, gdy trzeba było wstawać. Nikogo nie obchodziło, jak się czuję. I ten paniczny, obezwładniający lęk. Jak już zasnęłam – to zaraz budziłam się z krzykiem – DEMON. Tylko on mi dotrzymywał towarzystwa. Śnił mi się codziennie. Towarzyszył mi również na jawie. Zawsze przychodził w otoczce lęku. Tak bardzo się bałam. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś mnie przytulił. By powiedział JESTEM. Był tylko on.

W domu odcięli prąd. Byłam sama. Pamiętam swoje podkrążone oczy. Pamiętam, że nawet się nie myłam. Rozczochrana. Śmierdząca. Cały czas w tej samej koszulce i majtkach. Wiecznie niewyspana, zmęczona, traciłam wzrok. Znajomy policjant zatrzymał mnie na ulicy pytając, czy mam ciepło w domu. KŁAMAŁAM. Bałam się przyznać, że od roku mieszkam sama. Ukrywałam prawdę ze strachu, ze wstydu. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że moja prawda oznacza zabranie praw rodzicielskich. Chroniłam matkę. A kto chronił mnie…?

W ciągu pierwszego roku liceum straciłam 5 dioptrii. I stało się. Zawaliłam. Nie przeszłam do kolejnej klasy.  Ale kogo to obchodziło wtedy? Nikogo nie obchodził brak prądu, samotność i ból. Nie obchodziło ich, że często chodziłam głodna. Do tej pory słyszę od co poniektórych wypominającym tonem słowa: „Nie zdałaś! Miałaś problemy z nauką”. Tego typu żmijowate teksty słyszałam jeszcze 3 lata temu. Od kogo? Od rodziny jednego z mojego rodzeństwa.  Dlatego też zerwałam kontakt z ludźmi, którzy kopią leżącego, którzy czerpią przyjemność z obgadywania, z dogryzania innym. Z ludźmi, którym brakuje autorefleksji, empatii i samokrytyki… Czasem się zastanawiam – po jaką cholerę biegają do kościoła, skoro krzywdzą innych? Przez wiele lat to cierpliwie znosiłam, ale teraz BASTA!

Na standardowej terapii mówiłam o tym czasie, ale jakoś tak samo mówienie, sam płacz nie pomógł…

Wydarzenia te wróciły do mnie podczas pracy z książką Bradshawa. Pewnej nocy w 2016 roku obudziła mnie ONA. Na wpół przytomna oczami umysłu zobaczyłam Ją. Stała w piwnicy, w tych samych majtkach i koszulce. Rozczochrana. Pod oczami podkowy od płaczu i z niewyspania. Stała i patrzyła do góry na mnie dorosłą. Obudził się mój demon. Pomyślałam „O NIEEE! Tylko nie Ona. Ja tego już drugi raz nie przeżyje.” Była 4 rano. O 5 wstawałam do pracy. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam wtedy do Niej – „Ok, zajmę się Tobą, jak wrócę z pracy”. Dlaczego nie zrobiłam tego od razu? Wiedziałam, że to najgrubszy kaliber z moich traum. Wiedziałam, że może mnie to rozwalić na kilka godzin, dni, tygodni, miesięcy…

Po powrocie z pracy, wróciłam do tego obrazu. Weszłam w tą sytuację sprzed lat i pierwsze co to dostałam od Niej w mordę. Pobiła mnie. Stłukła mnie do krwi. Moje własne wewnętrzne dziecko mi zwyczajnie wpieprzyło. Taka była zła i wściekła. Nie na mnie. Była zła na ten cały świat. Na całą znieczulicę. Na ślepotę, a zwłaszcza na matkę. Zobaczyłam, jak się spala od środka. Czułam jej wściekłość. Na moje ciepłe słowa reagowała gniewem. Była tak bardzo skrzywdzona. Niczym zmaltretowany pies, który nikomu już nie ufa, nie pozwala podjeść i tylko warczy na wszelki wypadek. Powiedziałam wtedy do niej: „Dobrze, przyjdę innym razem.” NIE OCENIAŁAM JEJ.

Kolejnego dnia znowu poszłam do Niej. Tym razem płakała. Tym razem pozwoliła się przytulić. Zaczęło się. Co? Proces ZDROWIENIA mojej najgłębszej rany. Rany ODRZUCENIA. Rany, która odbijała mi się czkawką, niczym echo przez całe moje życie. Rany, która rzutowała na wszystkie moje związki. Rany, która niczym kula u nogi, nie pozwalała żyć…

Opublikowano MOJA HISTORIA.

14 Comments

  1. Eh poryczałam się nad twoją kilkulatką, nastolatką. Strasznie dużo bolesnych chwil przyszło jej doświadczyć. Tyle okrucieństwa, bezduszności od ,,potwora”, który powinien dać chociaż namiastkę uczucia. Wiem, że nie mam prawa oceniać, ale to co opisałaś dla mnie jest niewybaczalne. Choć nie ja tutaj mam wydawać wyrok, ale szarpią mną emocje. Dzieci są takie niewinne, im bardziej krzywdzone, bezbronne. I to ich uczucie, to moja wina ja na to zasłużyłam. Dobrze, że dorastamy. Zazdroszczę tym co pragną wrócić do swojego miłego dzieciństwa. Trzymajcie się ,,dziewczyny”, dobrze, że macie Elę Jastrzębską.

    • Ja już dziś na to tak nie patrzę. Szarpały mną emocje bardzo długo z tego powodu. Był czas, że bolało bardzo. Naprawdę praca z wewnętrznym dzieckiem BAAARDZO czyni cuda. Dziękuję za Twoje słowa <3

  2. Wstrząsające… Znam to uczucie i boję się bardzo dobrze tego wracać, tak bardzo boli. Chylę czoła za odwagę i dziękuję za ten post. Pozdrawiam i ściskam ❤️❤️

    • Też się bałam. Bałam się, że rozwali mi to znowu życiu. Jak Ją zobaczyłam to MRÓZ PO KRĘGOSŁUPIE mi przeleciał. Skoro ja dałam radę – Ty też możesz. Zadbaj o to, bo to rzutuje na całe życie. Praktycznie na WSZYSTKO…

  3. To straszne, twoja matka nie dawala tobie POZWOLENIA NA ZYCIE przea ta obojetnosc, dezaprobate, pusty wzrok…Czulam twoja rozpacz odrzucenia czytajac…

  4. Droga Elu, przeżyłam w swojej pracy podobne spotkanie z wewnętrznym dzieckiem, było tak zmaltretowane, że na początku nie mogłam go rozpoznać, nie wiedziałam kim jest. Jedno wielkie, cierpiące nieiszczenie, porównanie do bitego psa jest tu bardzo trafne. Długo mi zabrało dojście do tego, że i ja jestem odpowiedzialna za taki stan części siebie. Dlatego bardzo dziękuję Ci za tę historię. Życzę zdrowia, miłości do siebie i wielu wspaniałych lat w pełni, zintegrowana. Naprawdę mocno Cię ściskam :).

  5. Bardzo mnie poruszyl twoj wpis mialam podobne dziecinstwo. W swoim rozwoju duchowym bardzo duzo wyparlam nie chcialam widziec swojej krzywdy ale wlasciwe kiedy ją zobacyzlam molam puscic .Piekne transformacje sie u ciebie dzieje i fajnie ze tak wielu z nas zaczyna kochac samych siebie .Powodzenia :***

  6. Bardzo Ci współczuję, jestem w stanie sobie wyobrazić co czulas. Opiszę sytuację moja już z dorosłego życia. Wyprowadziłam się z domu rok po ukończeniu studiów do wynajmowanego mieszkania, całe szczęście miałam męża i byłam bardzo zakochana. Pierwsza rzecz która mnie uderzyła po mojej wyprowadzce dotyczyła tego jak szybko rodzice sprzatali po mnie pokój, pozbywali się resztek moich rzeczy. Po ok dwóch dniach nie było po mnie śladu, pomyślałam sobie wtedy że moja śmierć by ich ucieszyła, może to trochę głupie ale tak pomyslałam. Jak przyjeżdrzalam w odwiedziny do nich potrafili się przede mną schować udając że nie ma ich w domu, nie wiedziałam o co im chodzi, nie byłam z nimi poklocona. Moje odwiedziny były też pretekstem aby mnie oskarżyc o kradzież że ukradlam złoty łańcuszek, nabiłam im duży rachunek telefoniczny, że coś zabrałam z kuchni z pokoju. Nie wiedziałam jak się zachować, zaczęłam się tłumaczyć w końcu miałam fazę żeby ich nie odwiedzać ale wtedy jestem wyrodna córką. W pokoju rodziców nie byłam od 10 lat, jak ich odwiedzalam to starałam się siedzieć w przedpokoju albo w kuchni na ich oczach ale i tak byłam o coś oskarżana. Mnie rodzice w ciągu 20 lat odwiedzili jakieś 4 razy, przy okazji komuni dzieci lub chrzcin. Mieszkamy blisko siebie
    Zawsze było źle, odwiedzalam ich albo za często albo za rzadko i jeszcze mnie o coś oskarzali, normalnie odlot, nie wiadomo jak postepowac

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *