Ja? Ja jestem nieważna!

Dlaczego nie lubię swoich urodzin? Powinnam się cieszyć a jednak nie. Nie lubię tego dnia nie ze względu na to, że jestem coraz starsza, ale ze względu na pamięć dni o których nikt nie pamiętał… i choć „przytulałam” małą Elę wielokrotnie – 4 kwietnia powraca to samo poczucie i zdanie JESTEM NIEWAŻNA. Powraca to za każdym razem gdy mama dzwoni z życzeniami… Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że ta mała cząstka mnie wciąż pamięta sytuacje zapomnienia, odrzucenia, niewidzialności, nieważności. Nie lubię jej życzeń, ucinam szybko rozmowę. Nie chcę tego słyszeć. Kiedyś chciałam, sama się dopominałam. Dziś rodzi się we mnie bunt. Za każdym razem widzę małą dziewczynkę która siedzi przy stole z matką i pyta “Ale jaki dzisiaj jest dzień?” Matka na to “No jaki? Nie wiem”. Ja znowu “No pomyśl – jaki dzisiaj jest dzień?”. W odpowiedzi słyszy “NO KURWA JAKI?” . Ze smutkiem, skulona, po cichu odpowiada “Moje urodziny”. Nie usłyszała nic.  Zero życzeń. Zobaczyła zasępioną kobietę. Poczuła się NIEWAŻNA, NIEWARTA nawet dwóch słów – WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO… To dlatego za każdym razem jak słyszę życzenia to powraca do mnie ten sam ból. Ból tej sytuacji, ból tego dziecka… Na terapii tak się wkurwiłam i wygarnęłam matce tą sytuację. Od tamtej pory nie zapomina. Jakie to przykre, że własne dziecko musi uczyć własnego rodzica podstaw.

Moja mama jak moja mama, ale mój ojciec… Ten to chyba nie wie kiedy się jego dzieci urodziły. Dobrze chociaż, że w ogóle wie ile ma dzieci. Nigdy, ale przenigdy mi nie złożył życzeń.

Ja składałam na dzień ojca, na dzień matki, na urodziny. Dziś tego nie robię. Dziś ja też nie pamiętam. Pamiętam tylko o tych którzy PAMIĘTAJĄ O MNIE.

DO PIEKŁA I Z POWROTEM

JESTEŚ ŁAJNEM! PRAGNĘ ŻEBYŚ KU*WO ZDECHŁA! Tak, takie słowa wychodziły ze mnie podczas terapii. Tego typu wyzwiska, zdania zapisywałam w „niemych“ listach do własnej matki. Na podziurawionych kartkach papieru w sensie dosłownym i przenośni. To na nie spływały moje łzy, to mój wkurw robił dziury długopisem, to papier przepełniony goryczą, poczuciem krzywdy, chęcią zemsty, odwetu, ale i bezsilnością na to, że ona tego nie chce słyszeć, nie przyznaje się, nic nie pamięta…

Pragnęłam żeby moja krzywda została uznana/usłyszana. Ja nawet nie chciałam zadośćuczynienia. Ja chciałam, żeby powiedziała Tak to prawda, co mówisz. Przepraszam. Tyle by mi wystarczyło. Ale nie…

Co słyszałam „Ludzie przeżyli obozy koncentracyjne i jakoś żyją!“ „Nie wracaj do tego.“ „To było“ „Ileż można do tego wracać?!“ „NIEPRAWDA”. Bolało mnie to jak cholera. Takie słowa i to, że ona się do niczego nie przyznaje. Męczyłam się tak przez 10 lat chodziłam na różne terapie i wkurw na matkę odpalał mi się co jakiś czas. Wtedy nie mogłam na nią patrzeć, wymiotowałam na samą myśl o tej kobiecie. W moim domu DOKŁADNIE wiedzą, że ja najbardziej oberwałam. Nawet już się moja matka nie dziwiła, że co jakiś czas urywałam kontakt. Wtedy mówiła „Znowu jej się zaczęło.“ Inni mówili gorzej np. że jestem w sekcie, że nienormalna, że znowu mi odbiło. Tak „odbijało“ mi co jakiś czas. Głównie do niej. Bo to moja matka. To ona mnie nosiła pod sercem. Bo ja jestem z niej i tak naprawdę była najbliższą mi osobą. Skoro najbliższą to najbardziej bolało to co robiła, co mówiła i tego czego nie robiła chociaż powinna…

Pracując z wewnętrznym dzieckiem + z mega wściekłością nieraz w swojej głowie tłukłam swoją matkę. Miałam ochotę ją zastrzelić. Robiłam to! Strzelałam z karabinu. Tak – to jedyne co mogłam zrobić. Taka byłam wściekła!

Z czasem przyszła do mnie potrzeba powiedzenia jej tego w twarz. Wywaliłam wszystkie swoje żale, smutki, wkurw przez telefon. Nie patrzyłam na formę. O czym zapomniałam – dopisywałam smsami. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko. Oddać jej to całe gówno, które wrzuciła na mnie.

Po 10 latach bezskutecznych prób, ignorancji, kompletnego zaprzeczania z jej strony – odpuściła mi potrzeba uznania moich krzywd. Jak to możliwe? Sama uznałam to co zostało mi zrobione oraz moja matka została zbombardowana z taką SIŁĄ której nie mogła odepchnąć, nie mogła przejść obojętnie. Tym razem już się nie cackałam. Nie obchodziło mnie, że nie chce słuchać, że sama została skrzywdzona. Nie obchodziło mnie to jak ona się z tym poczuje. Stanęłam po SWOJEJ stronie. Byłam wierna SOBIE. Postawiłam wszystko na jedną kartę – „Masz to usłyszeć, a ja mam prawo to powiedzieć!“ Dlaczego to się udało? Skąd ta wielka siła, ten OGIEŃ. Rozpaliła go M. Szpilka. Nie zrobili tego inni tradycyjni, mega doświadczeni, kształceni terapeuci. Nie stało się to na wieloletnich profesjonalnych terapiach. Nie załatwiły tego mądre teorie psychologiczne. Odzyskać SIEBIE, swoją WEWNĘTRZNĄ MOC pomogła Ona – Kobieta która nie jest Psychologiem z wykształcenia, a z powołania. Sama przeszła swoją drogę. Ona doskonale wiedziała jak to smakuje. Ona nie usprawiedliwiała mojej matki, ona STAŁA całą sobą za MNĄ. Za moją historią. Czasem miałam wrażenie, że czerpałam siłę z jej siły. Ona wiedziała co robić, nie bała się „radykalnych“ słów, wizualizacji, medytacji. Ona znała to z autopsji. Bowiem tylko ten kto sam WYSZEDŁ z piekła zna SKUTECZNĄ drogę wyjścia…

P.S.

Dziewczyny to normalne, że tak czujecie, ze tak macie, że macie chęć zemsty, odwetu. Dużo kobiet tak ma tylko głośno o tym nie mówią. TAK – O TYM GŁOŚNO SIĘ NIE MÓWI!

Wiele z Was pyta – co jeśli matka nie chce się przyznać? Czujecie się jak w więzieniu. Wiem, też tak się czułam. Mi pomogło samo wywalenie. Moja matka przyznała mi rację/uznała moje krzywdy dopiero po przeczytaniu mojego bloga – czyli jakieś 7 miesięcy po uwolnieniu gniewu. Paradoksalnie stało się to wtedy gdy ja już tego ani nie oczekiwałam, ani nie potrzebowałam. Uwalnianie trwało 5 miesięcy. Codzienna praca + raz na 10 dni sesja indywidualna. Samo to, że ja z taką wielką siłą jej wywalałam oraz przelewałam to na papier podczas tych 5 miesięcy sprawiało, że ona już nic nie mogła. Nawet jeśli gadała, że „To nieprawda!“, że jak mnie zostawiła to „Byłaś przecież prawie dorosła.“ lub „To już naprawdę zmyśliłaś!“ po pewnym czasie nie miało dla mnie znaczenia. Moja siła została uaktywniona i dodatkowo podtrzymywana na terapii.

Znam kobiety, które zrobiły to bez bezpośredniej konfrontacji. Tak też można. Może to trudniejsza „droga“, ale wiem, że się da.

Może u Ciebie potrwać to dłużej, ale WARTO. To najlepsze co mogłam dla siebie zrobić. Wywalić truciznę. Ona zabija od środka Ciebie, zabija Twoich bliskich, zabija Twoje życie…

CO WESZŁO – MUSI WYJŚĆ!

MASZ WPIERDOL!!!

Tak, to ja Ela – byłam WORKIEM TRENINGOWYM dla mojej matki. Słyszałam te słowa, gdy była wkurzona, sfrustrowana. Na kogo? Nie na mnie…na życie, na pracę, na swojego męża przemocowca. Eh… Po pewnym czasie stało mi się to obojętne i robiłam co „chciałam“, bo wiedziałam, że nie ma żadnej reguły, żadnej zasady. Czy jestem winna, czy nie? Czy coś zbroiłam, czy nie – „I tak dostanę WPIERDOL.“ Nawet – moja matka sama zaczęła żartować/szczycić się tym, że tak robi… że traktuje swoją córkę jak ODSTRESOWNIK. Jakie to przykre. TRAGEDIA, że ktoś kto nosił mnie pod sercem – traktował mnie jak rzecz…

Kilka przykładów:

  1. Sezon truskawkowy –  Przyszła pracownica do mojej matki i oznajmiła jej, że odchodzi z pracy. Matka do niej, że ok. Po chwili odwróciła się do mnie wściekła, że nie ma komu zbierać tych zasranych truskawek i powiedziała „MASZ WPIERDOL!“

  1. Bardzo często wracała wkurwiona z pracy i już od progu darła się „ELA, MASZ WPIERDOL!“  Ja już wiedziałam co to oznacza…

Z czasem nic nie czułam. Wyłączyłam czucie bólu. Zaczęłam robić „co mi się podoba.“ Skoro nie ma żadnych reguł? Skoro i tak dostanę wpierdol? Kiedyś coś broiłam. Jedno z mojego rodzeństwa przyszło do mnie i powiedziało „Dostaniesz za to wpierdol.“ A ja na to obojętnie „I tak dostanę“. Było mi już wszystko jedno. Do tej pory w mojej rodzinie gadają, że „Najwięcej wpierdol dostała Ela.“ A co z resztą WPIERDOL? Resztę otrzymała moja starsza siostra. Kiedyś opowiedziała mi, że jako kilkulatka, podeszła do mojej matki, gdy ta rozpalała w piecu centralnym. Moja matka wkurwiona, że nie chce się rozpalić – zaczęła bić kilkulatkę ciężką, metalową kratką od pieca. Podobno wkroczyła moja babcia z krzykiem „CO ROBISZ?? ZABIJESZ DZIECKO!!“.

Jakie były konsekwencje słynnego WPIERDOL?

Bałam się ludzi. Bałam się dotyku. Na dotyk, przytulenie reagowałam strachem. Bałam się, a jednocześnie pragnęłam DOBREGO, KOJĄCEGO DOTYKU, pragnęłam PRZYTULENIA. Pragnęłam CIEPŁA…

Moje niezaspokojone potrzeby wrzucały mnie w ramiona toksycznych facetów. Myliłam seks z miłością. Szłam do łóżka, bo potrzebowałam ciepła. Ciepła, którego nie dał mi ojciec, którego nie czułam od matki… Dawałam się „przytulić“ facetom, którzy zasługiwali co najwyżej na  SKOPA. Zaprzedawałam Siebie za okruchy udawanej miłości. Nie miałam żadnych granic. Myliłam wszystko. Brak reguł. Brak zależności przyczynowo skutkowej. Coś Ci to przypomina? Tak –  w domu rodzinnym też nie było żadnych reguł, żadnych zasad, żadnych granic, zero szacunku…

Bez przerwy czułam GŁÓD dotyku. Głód dobra. Już jako dziecko przytulałam się do chłopaków. Nic więcej. Ja pragnęłam tylko żeby mnie ktoś przytulił.

Szukając mężczyzny – Chciałam, aby ktoś był dla mnie dobry. Tylko dobry. By ktoś wreszcie mnie pokochał. O ironio – moja matka jak wychodziła za mojego ojca też miała takie pragnienie. Świadomie, czy nie zafundowała, a właściwie oboje zafundowali swojej córce to samo marzenie.

Tak mają dorosłe, maltretowane dzieci. Mają problemy z seksem, z bliskością, z samymi sobą. To dzieci niekochane, to dzieci nieutulone, to dzieci, które dziś na nas czekają. Czekają i wyją z głodu.  Z głodu UWAGI, UCZUCIA, DOBREGO SŁOWA. Z głodu MIŁOŚCI…

Zadbajcie o to, by się doczekały <3

DRAMAT PORZUCONEGO DZIECKA

Przypiliło mnie życie by napisać o najtrudniejszym czasie mojego życia, a mianowicie o TRAUMIE PORZUCENIA. Zwlekałam z tym tematem, bo chciałam go poruszyć na YouTube. Niestety nie umiem o tym opowiedzieć bez emocji, bez uczuć, bez łez… Głos mi drży. Gardło ściska. Dużo już w tym temacie zrobiłam. Nie myślę o tym na co dzień. Ograniczyłam wpływ tego wydarzenia na moje życie do minimum. Jednak od czasu do czasu echo tego co się stało odbija mi się czkawką. Z głębokimi ranami jest tak jak ze złamanym, zrośniętym kolanem, które pobolewa przy zmianie pogody…

Miałam 13 lat. Moi rodzice zbankrutowali. Może i dobrze, bo już tak się kłócili, że poważnie myślałam o odebraniu sobie życia… Coś we mnie pękło. Ten dom mnie zabijał. Nie mogłam już tego znieść. Tych wiecznym kłótni, wyzwisk, bijatyk… Zbankrutowali i postanowili się rozstać. W tym czasie każdy próbował „ugrać“ dla siebie jak najwięcej, by spieprzyć jak szczur z tonącego okrętu… Ja byłam niepełnoletnia. Ale kto by się mną przejmował. Dodatkowo jeszcze te bachory w szkole i to wieczne dokuczanie. Nikt z nauczycieli, mądrzy rodzice „nie widzieli“ co się dzieje. Może tylko nie chcieli widzieć… Eh… szkoda gadać… 

Pamiętam Sylwestra – moja matka poszła na niego, do swojego faceta. Nie podejrzewałam, że jej nowy związek, jej nowe „szczęście“, jej nowe życie to moja emocjonalna śmierć. ŚMIERĆ przez duże Ś. Jedyne co jej się udało zrobić dla mnie w tamtym okresie to przeniesienie mnie do innej szkoły gdzie choć przez kilka miesięcy miałam spokój. Jestem wdzięczna pracownikom tej szkoły. Czasem sobie myślę, że coś nade mną czuwało, że musiałam dostać trochę akceptacji by pójść dalej. Nie miałam tego w domu więc nic dziwnego, że ludzie na zewnątrz tego nie przejawiali. Zwłaszcza dzieci, które bywają okrutne…

Wracając do rodzinnego piekiełka to mój tata mieszkał jeszcze ze mną przez 2 miesiące od wyprowadzki matki. Zapadłam na depresje. Zapadłam w zimowy sen. Sen który pozwalał mi nie czuć. Nie patrzeć na to co się dzieje. Mój ojciec wybudzał mnie z mojej śpiączki, by nakarmić mnie gorącym kubkiem. Pamiętam, że na wpół przytomną karmił mnie łyżeczką… Pewnego dnia wparowała moja matka i kazała mu wypierdalać, bo to ona budowała ten dom. No to wypierdolił i zajął się swoja „nowa rodziną”… Mój brat już dawno się zmył do swojej dziewczyny. Siostra w Warszawie. Zostałam sama. Pogrążona w smutku, którego nie czułam, bo przecież wiecznie spałam. Dotrwałam do końca roku szkolenego i się obudziłam. Na moje nieszczęście… 

Pamiętam jak moja matka przyszła od swojego faceta zbierać agrest. Po jednej stronie krzaczka byłam ja a po drugiej ona:

– Mamo wróć.

– Nie wrócę!

– Dlaczego?

– Bo ja jego kocham.

Coś we mnie pękło. Dziecięca logika doprowadziła mnie do wniosku, że skoro nie chce ze mną być, że woli z nim, że jest z nim, bo go kocha oznacza to, że mnie NIE KOCHA. 

Skończyłyśmy z agrestem. Poszła. Znowu zostałam sama.  Ból przeszywał całą moją duszę. Poszłam na górę i zawiesiłam sznurek na żyrandolu. Nie, nie chciałam umrzeć. Chciałam tym aktem zwrócić na siebie uwagę. Że ja też jestem. Może wtedy ktoś by się zaineteresował. By ktoś zobaczył, że jestem. CHCIAŁAM MAMĘ…

Zabrakło mi odwagi. Do tej pory widzę małą dziewczynkę skuloną, płaczącą z bezsilności. Nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam jej zmusić do powrotu. Ba! Nie mogłam jej zmusić do uczuć. To nie była już ta sama moja mama. Kiedyś przynajmniej miałam z nią złe, ale też i dobre chwile. Teraz nic. Kompletna pustka. Zaczęłam „biegać“ za własną matką. Próbowałam przynajmniej. Chodziłam tam gdzie mieszkała i żebrałam o okruchy miłości. Za każdym razem zderzałam się ze ścianą. Z kulą śniegową, z obojętnością. Czasem myślałam, że się naćpała jakiś leków zobojętniających, bo jedyne co widziałam w jej oczach to ZNIECZULICA. 

Poddałam się. Nie dałam rady wrócić w jej łaski.

Zapadłam w jeszcze większy dół. Marazm wymieszany z wkurwem. Tęskonta za miłością wymieszana z nienawiścią. Dopadła mnie druga twarz depresji – BEZSENNOŚĆ. Sama nie wiem co gorsze?? Tym razem nie mogłam uciec w sen. Tym razem dopadły mnie wszystkie demony. Demony w sensie dosłownym i w przenośni. Nie mogłam spać. Zasypiałam dopiero nad ranem, gdy trzeba było wstawać. Nikogo nie obchodziło jak się czuję. I ten paniczny, obezwładniający lęk. Jak już zasnęłam – to zaraz budziłam się z krzykiem – DEMON. Tylko on mi dotrzymywał towarzystwa. Śnił mi się codziennie. Towarzyszył mi również na jawie. Zawsze przychodził w otoczce lęku. Tak bardzo się bałam. Tak bardzo chciałam żeby ktoś mnie przytulił. By powiedział JESTEM. Był tylko on.

W domu odcięli prąd. Byłam sama. Pamiętam swoje podkrążone oczy. Pamiętam, że nawet się nie myłam. Rozczochrana. Śmierdząca. Cały czas w tej samej koszulce i majtkach. Wiecznie niewyspana, zmęczona, traciłam wzrok. Znajomy policjant zatrzymał mnie na ulicy pytająć, czy mam ciepło w domu? KŁAMAŁAM. Bałam się przyznać, że od roku mieszkam sama. Ukrywałam prawdę ze strachu, ze wstydu. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że moja prawda oznacza zabranie praw rodzicielskich. Chroniłam matkę. A kto chronił mnie…??

W ciągu pierwszego roku liceum straciłam 5 dioptrii. I stało się. Zawaliłam. Nie przeszłam do kolejnej klasy.  Ale kogo to obchodziło wtedy? Nikogo nie obchodziło brak prądu, samotność i ból. Nie obchodziło ich, że często chodziłam głodna. Do tej pory słyszę od co poniektórych wypominajcym tonem słowa „Nie zdałaś! Miałaś problemy z nauką“. Tego typu żmijowate teksty słyszałam jeszcze 3 lata temu od kogo? Od rodziny jednego z mojego rodzeństwa.  Dlatego tez zerwałam kontakt z ludźmi którzy kopią leżącego, którzy czerpią przyjemność z obgadywania, z dogryzania innym. Z ludźmi, którym brakuje autorefleksji, empatii i samokrytyki… Czasem się zastanawiam – po jaką cholerę biegają do kościoła skoro krzywdzą innych? Przez wiele lat to cierpliwie znosiłam, ale teraz BASTA!

Na standardowej terapii mówiłam o tym czasie, ale jakoś tak samo mówienie, sam placz nie pomógł…

Wydarzenia te wróciły do mnie podczas pracy z książką Bradshawa. Pewnej nocy w 2016 roku obudziła mnie ONA. Na wpół przytomna oczami umysłu zobaczyłam Ją. Stała w piwnicy, w tych samych majtkach i koszulce. Rozczochrana. Pod oczami podkowy od płaczu i z niewyspania. Stała i patrzyła do góry na mnie dorosłą. Obudził się mój demon. Pomyślałam „O NIEEE! Tylko nie Ona. Ja tego już drugi raz nie przeżyje.“ Była 4 rano. O 5 wstawałam do pracy. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam wtedy do Niej – „Ok, zajmę się Tobą jak wrócę z pracy“. Dlaczego nie zrobiłam tego od razu? Wiedziałam, że to najgrubszy kaliber z moich traum. Wiedziałam, że może mnie to rozwalić na kilka godzin, dni, tygodni, miesięcy…

Po powrocie z pracy wróciłam do tego obrazu. Weszłam w tą sytuację z przed lat i pierwsze co to dostałam od Niej w mordę. Pobiła mnie. Stłukła mnie do krwi. Moje własne wewnętrzne dziecko mi zwyczajnie wpieprzyło. Taka była zła i wściekła. Nie na mnie. Była zła na ten cały świat. Na całą znieczulicę. Na ślepotę, a zwłaszcza na matkę. Zobaczyłam jak się spala od środka. Czułam jej wściekłość. Na moje ciepłe słowa reagowała gniewem. Była tak bardzo skrzywdzona. Niczym zmaltretowany pies, który nikomu już nie ufa, nie pozwala podjeść i tylko warczy na wszelki wypadek. Powiedziałam wtedy do niej „Dobrze, przyjdę innym razem.“  NIE OCENIAŁAM JEJ.

Kolejnego dnia znowu poszłam do Niej. Tym razem płakała. Tym razem pozwoliła się przytulić. Zaczęło się. Co? Proces ZDROWIENIA mojej najgłębszej rany. Rany ODRZUCENIA. Rany, która odbijała mi się czkawką niczym echo przez całe moje życie. Rany która rzutowała na wszystkie moje związki. Rany która niczym kula u nogi nie pozwalała żyć…

SESJE INDYWIDUALNE

Jeśli rezonuje z Tobą moja osoba/podejście do problemów – ZAPRASZAM Cię na indywidualne sesje skypowe. Częstotliwość sesji dobierasz Ty.

Wewnętrzna TRANSFORMACJA w praktyce. Sięgniemy do głębokich źródeł Twoich problemów, co daje TRWAŁE i WYMIERNE rezultaty. SKUTECZNOŚĆ JEST MIARĄ PRAWDY!

KOSZT:

Sesja jednorazowa 90 min – 60€

Pakiet pięciu sesji (każda 90 min) – 250€ 

Ponieważ łączę wsparcie psychologiczne z pracą na etacie – istnieje również możliwość współpracy późnymi wieczorami oraz  w weekendy.

Zgłoszenia przyjmuję na majla: elajastrzebska@terazja.net

DO ZOBACZENIA 🙂 NIE WSTRZYMUJ ZMIANY!

Po co to wszystko?

* Post ukazał się w grudniu 2016. Robiąc porządek na moim blogu wykasowałam go przez przypadek. Dlatego publikuję ponownie 🙂

Żyjemy w kraju, w którym temat przemocy domowej, bestialstwa oraz okrucieństwa jakiego dopuszczają się rodzice wobec własnych dzieci w dalszym ciągu pozostaje tematem tabu. Głośno krzyczymy o zarodkach, biednych pieskach i kotkach, ale jakoś sprawa przemocy na najsłabszych jest notorycznie zamiatana pod dywan. Z domowymi sadystami nie robimy kompletnie nic, mimo iż miejscem dla wielu z nich jest zakład karny lub oddział zamknięty! Ach! Przepraszam robimy – zwykle gdy jest już za późno. Gdy dojdzie do tragedii. Mało tego – bardzo często obwiniamy za całe zło same ofiary – Bo to takie wredne dziecko jest. Sama się prosiła…

Skutki nadużyć, zaniedbania, emocjonalnego i fizycznego porzucenia ciągną się za człowiekiem całe życie. To one sprawiają, że rozpadają się rodziny w kolejnych pokoleniach. Pogrążeni w emocjonalnym bólu duszy – niszczymy innych, a zwłaszcza samych siebie. Tak bardzo nie chcemy czuć tego cholerstwa, że zapijamy się do nieprzytomności. Uciekamy w narkotyki, leki, słodycze, sex. Choć przez chwilę jest dobrze. Choć przez chwilę nie boli. Dajemy sobie „ciepło”, którego tak bardzo nam brakuje. Ale to tylko ułuda. To prowizoryczne zapychacze. Póki nie zatroszczymy się o siebie. Nie uznamy swoich krzywd. Nie dotkniemy jako dorośli swoich ran, nie wyczyścimy  i nie opatrzymy ich, póty nie ma mowy o poczuciu szczęścia i spełnienia. 

Ten blog ma pokazać ogrom spustoszenia psychicznego, fizycznego oraz emocjonalnego jakiego padają dzieci ze strony tych którzy mieli wspierać i ochraniać, zamiast tego dają ból, cierpienie, nerwicę oraz notoryczne poczucie pustki. Postaram się również pokazać  tragiczne następstwa tzw. czarnej pedagogiki oraz drogę do zdrowia, absurdy niektórych podejść psychoterapeutycznych, medycznych oraz pracy terapeutów. 

Jako dzieci nie mogliśmy trzasnąć drzwiami, wyjść z toksycznego domu. Dziś jest inaczej. Czas powiedzieć stop domowym oprawcom. Czas stanąć po swojej stronie, zatroszczyć się o siebie. Póki nie jest za późno. Póki jest jeszcze czas…

DOSYĆ MILCZENIA! Teraz JA!!!

 

JESTEM NIENORMALNA

Tak o sobie brzydko myślałam. Taką opinię o mnie samej mi wpojono. W jaki sposób? Poprzez dewaluację, poniżanie, wyszydzanie, brak akceptacji oraz słowa, słowa, słowa powtarzane wielokrotnie przez tych, którzy mieli dodawać skrzydeł. W zamian za to wbijali w ziemię. To wszechogarniająca pogarda jaką czułam od najbliższych. Właściwie jako dziecko szacunek czułam tylko od mojej siostry. Od reszty to było szykanowanie, dokuczanie, poniżanie, które później przeniosło się na relacje szkolne, zawodowe, społeczne… W szkole odbywał się ten sam dramat, ten sam taniec. Byłam regularnie „wydziobywana“ z grupy. Wtedy nie widziałam powiązania. Obarczałam winą rówieśników, nauczycieli, później współpracowników. Wszędzie to samo, ta sama historia – BRAK AKCEPTACJI + GORZKI SMAK ODRZUCENIA…

Dziś wiem, że dziecko do 8 roku życia chłonie wszystko jak gąbka. Funkcjonuje na falach hipnotycznych. Dlatego bierze do siebie i uwierzy we WSZYSTKO dosłownie WSZYSTKO co słyszy, co widzi, co wyczuwa, czego doświadczy…

A co ja widziałam, słyszałam, czułam? Słyszałam: „Ciesz się, że Cię nie wyskrobała!“ „Jesteś taka sama jak ten stary chuj!“ „Ty furiatko!“ „Mamo! Ona znowu ryczy!“ „Nie bawcie się z nią, bo ona nie umie się bawić“. Co czułam? Ogromne pokłady pogardy… Za to kim jestem, jaka jestem i że w ogóle jestem… Co widziałam? Widziałam furiatkę szarpiącą moją siostrę za włosy tylko dlatego, że miała odmienne zdanie… Widziałam psychola wyrzucającego moją matkę przez drzwi na klatkę schodową z pytaniem do kilkuletniej wystraszonej dziewczynki „Elunia, wolisz tą kurwę, czy mnie?“ Doświadczałam szykan ze strony jednego ze starszego rodzeństwa, który mógł wesprzeć, stanąć w obronie, ale wolał inaczej…

Jednocześnie przez te wszystkie lata skutecznie mi udowadniano, że to ja jestem nienormalna, że coś ze mną jest nie tak. Uwierzyłam w to. Byłam święcie przekonana, że to prawda. Póki… Póki na sesjach z Magdą zaczęłyśmy przyglądać się tym tzw. normalnym… Poddałyśmy w wątpliwość wszystkie zasłyszane słowa. Ze zdziwieniem odkryłam – kto tak naprawdę był furiatką, kto tak naprawdę nie umiał się „bawić“ ze swoją żoną i dziećmi, kto tak naprawdę był nienormalny…

Zrobiłam sobie test rzeczywistości tzn. wypisałam wszystkie zagrywki, słowa, zachowania osób, które mnie najbardziej zraniły i ze zdumieniem odkryłam, że to nie ze mną był problem. Ja byłam tylko dzieckiem i reagowałam, zachowywałam się adekwatnie do atmosfery domu stworzonego przez dorosłych. Mój gniew stał na straży moich praw. Moje reakcje były odpowiedzią na ZŁO, którego doświadczałam…

Dziś już nikt mi nie jest w stanie wcisnąć kitu, że to ze mną jest coś nie tak, bowiem wiem, że normalny/zdrowy człowiek nie dokuczy, nie upodli… Nie ma takiej potrzeby, bo czuje się dobrze sam ze sobą.

Dziś już wiem, że Oni tak naprawdę mówili sami do SIEBIE, sami o SOBIE. Nie byli tego świadomi. Ich zachowanie, słowa, czyny świadczą o ich głębokim nieszczęściu. O ich własnej tragedii. O ich własnym ubóstwie duchowym…

Dziś już wiem, że moje mniemanie o sobie było POKŁOSIEM złego traktowania, raniących słów, traumy porzucenia.  Było „produktem” NIE MOICH emocjonalnych problemów…

Przytoczę słowa Ronalda Russella – brytyjskiego polityka, który zauważył zależność między tym, jak traktujemy dziecko, a tym jaki człowiek z niego wyrasta:

Dzi­siej­sze nieśmiałe dziec­ko, to to, z które­go wczo­raj się śmialiśmy.
Dzi­siej­sze ok­rutne dziec­ko, to to, które wczo­raj biliśmy.
Dzi­siej­sze dziec­ko, które oszu­kuje, to to, w które wczo­raj nie wierzyliśmy.
Dzi­siej­sze zbun­to­wane dziec­ko, to to, nad którym się wczo­raj znęcaliśmy.

Dzi­siej­sze za­kocha­ne dziec­ko, to to, które wczo­raj pieściliśmy.
Dzi­siej­sze roz­trop­ne dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj do­dawa­liśmy otuchy.
Dzi­siej­sze ser­deczne dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj oka­zywa­liśmy miłość.
Dzi­siej­sze mądre dziec­ko, to to, które wczo­raj wychowaliśmy.
Dzi­siej­sze wy­rozu­miałe dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj przebaczyliśmy.

Dzi­siej­szy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziec­ko, które wczo­raj żyło ra­dością.

Dziś rozumiem. Dziś ich kocham mimo wszystko. Ale żeby dojść do tego miejsca przeszłam przez całą gamę uczuć. Zajęło mi to dużo czasu + dużo pracy. Nie polecam tłumaczenia działań oprawców i trywializowania swojej krzywdy/swojej złości, bo to ślepe uliczki. To tak jak z budową domu – zaczynamy od fundamentów, a nie od dachu. Dlatego ZOBACZ jak było NAPRAWDĘ. Nie upiększaj, nie usprawiedliwiaj. Wypłacz, wykrzycz, dopuść do siebie, a dopiero później przychodzi czas na zrozumienie…

Pamiętaj – RYBA PSUJE SIĘ OD GŁOWY. Zadbaj o siebie i zrób to co rezonuje z Tobą. NIC. NIE MUSISZ NIC. Masz prawo nie kochać, nie rozumieć, nie wybaczyć. Jedyne do czego Cię  bardzo zachęcam to do „trzeźwego“ patrzenia na pewne „rzeczy“…

 

 

KORZENIE ZŁA

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się bierze zło na świecie? Niektórzy winią szatana, inni zaś Boga… Moim zdaniem źródłem zła jest drugi człowiek i najczęściej ten najbliższy. W rodzinie jak na wojnie „Ludzie ludziom zgotowali ten los…“

Niestety ale w wielu rodzinach wcale nie chodzi o to, że ktoś jest zły. Nieświadomie odgrywamy swoje dawne rany, urazy na dzieciach, żonie, mężu… To swoista KLĄTWA przekazywana z pokolenia na pokolenie. Rozchodzi się jak zaraza. Dzisiaj pijesz, bijesz Ty. Nim się obejrzysz – Twój syn/Twoja córka robi to samo swoim dzieciom. Dzisiaj szarpiesz córkę Ty, jutro podbija jej świeżo poślubiony damski bokser. Dlaczego tak się dzieje? Jak to możliwe, że nie wyciągamy wniosków ze swojego własnego życia tylko bezmyślnie powtarzamy tak bardzo znienawidzone czyny? To nic innego jak TRANSGENERACYJNA ZEMSTA. Okropna choroba, która toczy naszą cywilizację.

Czym jest owa zemsta? To przekazanie dziecku własnych nierozwiązanych konfliktów, traum, własnych patologicznych zachowań, schematów rozumowania, postępowania, a nawet postrzegania „świata“. To podświadoma chęć niszczenia własnego potomka. To nieświadome odreagowywanie na własnym dziecku za krzywdy, których sami doświadczaliśmy w dzieciństwie. Nie uwolniliśmy ich, nie wykrzyczeliśmy, nie odpłakaliśmy. Psychika nie znosi próżni i wszystko co niewyrażone, zablokowane domaga się ujścia, a na kim najłatwiej odreagować? No na kim? Kto jest od nas zależny? Kto nas kocha bez względu na wszystko? No kto? To zemsta na tym, kto w swoich potrzebach, cierpieniach, w swojej przypomina nas samych z tego okresu. Z okresu, gdy nie mieliśmy nic do gadania, z okresu gdy byliśmy osamotnieni, poniżeni, porzuceni… Świadomie chcemy dobrze dla swoich dzieci, ale podświadomie ich nienawidzimy. Żyjemy w świecie, gdzie MŚCIMY SIĘ na własnych córkach/synach. Nienawidzimy własnych mężów. Mężczyźni nienawidzą kobiet co się odbija na ich córkach i żonach. Jak często słyszę – „Bo kobiety są złe“ . „Każdy facet to chuj“. Co to jest? Nie znamy człowieka, ale już wiemy, że jest zły. Na kogo tak naprawdę jesteśmy źli. Kogo tak naprawdę chcesz pobić katując własną żonę, własne dziecko? Kto Cię tak bardzo w życiu skrzywdził, że wytrząsasz się na niewinnej osobie? Czy kiedyś zastanowiłeś się nad tym – Kogo tak naprawdę nienawidzisz? Co Ci zrobiło to dziecko? Co Ci zrobiła takiego wielkiego Twoja żona/Twój mąż?

Kiedyś moja siostra po kolejnym szarpaniu za włosy zapytała się mojej matki – „Dlaczego ty tak robisz? Dlaczego tak nas traktujesz?“  I wiecie co usłyszała? – „Bo tak traktowała mnie moja ciotka.“ Moja mama skupiła swoją niszczycielską uwagę na córkach. Szarpała nas, wyzywała, tłukła, dokuczała, bo podświadomie nienawidziła swojej własnej okrutnej ciotki. Nienawidziła tej małej poszarpanej dziewczynki w sobie…

Inny przykład – jako dziecko powiedziałam do siebie – „Ja jak będę mieć córkę to będę ją kochać, szanować. Nie będę jej bić ani poniżać.“ Po tych słowach pojawiła się myśl zazdrości– „Zaraz? Ale dlaczego moja córka ma mieć lepiej niż ja?“ I ta myśl oddaję sedno problemu…

Co zauważyłam w moim domu, że mój ojciec bardzo nie lubił własnej matki. Nigdy nie widziałam żeby się jakoś ciepło do niej odnosił. Traktował ją raczej jak służącą, popychadło. Nie raz na Nią warczał lub przestawiał. Gdy umierała – wydzierał się do MOJEJ matki, która obok w pokoju towarzyszyła w ostatnich godzinach JEGO matce, bo mu jak zwykle coś nie smakowało. Miał gdzieś, że za ścianą właśnie dogorywa jego matka. Taka znieczulica… Przejął pogardę do kobiet w domu rodzinnego. A od kogo on miał się nauczyć szacunku do kobiet? Gdzie dziecko uczy się takich rzeczy? Gdzie się nauczył wyzwisk typu „Ty kurwo“, „Ty prostytutko“, którymi częstował swoją żonę. Efekt jest taki, że głęboko ukrytą pogardę do kobiet okazywał na każdym kroku swojej żonie i córkom. Ta pogarda to nieuświadomiona nienawiść do kobiet, która ma swoje źródło w „negatywnych“ uczuciach do WŁASNEJ matki.

Kolejny przykład to jeden z moich byłych mężczyzn od którego uciekałam. Na końcu zapytałam: „Dlaczego tak robisz? Dlaczego tak się głupio zachowujesz? Dlaczego niszczysz? Dlaczego robisz wszystko bym uciekła?“ Rozpłakał się i odpowiedzi usłyszałam „Bo inaczej nie umiem.“ Po jakimś czasie na swojej terapii odkrył, że tak naprawdę podświadomie ma pretensje do własnej matki i w ramach „zadośćuczynienia“ mści się na swoich partnerkach…

Podczas mojej własnej „podróży“ dotarło do mnie, że ja TEŻ noszę zło w SOBIE. Tak! Tak! Ja również łapałam i w dalszym ciągu się łapię na tym, że projektuję/przenoszę moje podprogowe uczucia z mojego ojca na mojego chłopaka. Czasem łapię się na tym, że patrzę na niego jakby „oczami matki“. Czuję do niego pogardę którą przesiąknęłam w domu rodzinnym. Pogardę którą żywiła moja matka do mojego ojca…

Tak to już jest, że patrząc w partnerze bardzo często „widzimy“ matkę lub ojca. Dlatego tak ważna jest EDUKACJA i ŚWIADOMOŚĆ tego co się z nami dzieje, by nie kontynuować DESTRUKCJI, by zatrzymać TRAGNICZNE POKŁOSIE ZŁEJ PRZESZŁOŚCI.

Czy uważam, że moi rodzice, czy mój były chłopak są źli? NIE! Uważam, że nie byli źli, ale ich CZYNY BYŁY ZŁE. Złe i nieświadome, czego produktem jest ZŁO. Bo spowodowały ogrom cierpienia, ogrom bólu, ogrom negatywnych i ciężkich uczuć.

Podczas mojej terapii zapytałam moją mamę: „A co Ty sobie myślałaś robiąc nam to wszystko? Myślałaś, że całe życie będziesz piękna, młoda i bogata, a my zawsze będziemy mali?“ Odpowiedziała beztrosko: „A nic nie myślałam!“.

Uważam, że byli nieświadomi i „nieprzebudzeni”. Obrazują to doskonale słowa konającego Jezusa „Ojcze wybacz im, bo nie wiedzą co czynią“  Tak to już niestety jest. Jesteśmy ludźmi. Czynimy zło, bo kierują nami nasze własne nieuświadomione „demony”/nierozwiązane wewnętrzne konflikty. Jako dzieci doznajemy przemocy od osób dorosłych. Po czym bardzo często sami stajemy się sprawcami. To przymus „oddania” tego czego sami doświadczyliśmy. Trudno jest oskarżyć rodziców, więc odbijamy sobie dawne urazy na „obiektach zastępczych” – partnerach, dzieciach, niewinnych ludziach, a zwłaszcza na samych sobie. Tym samym napędzając spiralę zła…

Może gdyby pewien Austriak zreflektował się na kogo tak naprawdę jest wściekły – miliony niewinnych ludzi nie straciłoby życia w komorach gazowych.

Wszystko pięknie, ładnie wyjaśnione, ale to co teraz? Mamy teraz tak po prostu zrozumieć naszych katów i dalej biernie przyzwalać na przemoc? Mamy iść jak owieczki na rzeź? Jak ktoś tak lubi to proszę bardzo. Ja bynajmniej nie jestem ani owcą ani Jezusem i nie oddam siebie w ofierze komuś kto nie chce zobaczyć/wziąć odpowiedzialności za to co robi/zrobił.

Ostatnie miesiące nauczyły mnie jednego – LIMIT KRZYWD W MOIM ŻYCIU ZOSTAŁ WYCZERPANY.  Zło rodzi zło.  Już więcej nie chcę krzywdzić, ale nie pozwalam również na złe traktowanie siebie. KIEDY TRZEBA STAWIAM GRANICE, KIEDY TRZEBA PRZYWALAM, KIEDY TRZEBA ODCHODZĘ…

UWAGA!

Nie ulega wątpliwości, że przyczynę ludzkiego cierpienia stanowią ślady bolesnych doświadczeń z bliskimi osobami. Zatem jak przerwać ten tragiczny ciąg powtórzeń? Jak odnaleźć KORZENIE ZŁA w swoim życiu? By przestać niszczyć swoje i czyjeś życie. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie => Czy oby na pewno Twoja żona/mąż, dzieci są przyczyną Twojego cierpienia? A może przyczyna siedzi gdzieś na dnie zamordowanej dawno temu „duszy“? Może to KRZYWDA przekazywana z pokolenia na pokolenie? Może warto zajrzeć w siebie, by wreszcie zatrzymać to KOŁO PRZEMOCY? Może właśnie Ty przyszedłeś/przyszłaś na ten świat, by przywrócić równowagę dobra i zła w swojej rodzinie?

MÓJ DZIEŃ

Jeszcze rok temu byłam w samym środku rozdrapanej, emocjonalnej matczynej rany. Rok temu ani mi się śniło wysyłać Jej życzeń. Przez kilka miesięcy nie odbierałam od Niej telefonów – NO CONTACT. Za każdym razem jak widziałam nieodebrane połączenie  – zbierało mnie na wymioty. Tak byłam zła, wściekła i zraniona… Praca wrzała, wszystko we mnie buzowało. Tak – życzyłam wtedy mojej matce śmierci, życzyłam wszystkiego najgorszego, chciałam żeby odeszła z mojego życia na zawsze. Tak jak ona mnie uśmierciła emocjonalnie na tyle lat. Chciałam żeby cierpiała jak ja. Żeby zobaczyła jak wielką krzywdę mi zrobiła. Jak wielokrotnie zabijała moją duszę słowami, czynami, uczuciami lub ich brakiem… Tak – chciałam Jej za to wszystko odpłacić. Pragnęłam zemsty. Nienawidziłam Jej wtedy z całego serca. Przez kilka miesięcy każdego dnia wychodził jakiś „demon” związany z moją matką i Jej postępowaniem wobec mnie. Myślałam wtedy o swojej matce jak o najgorszej wiedźmie, macosze z tych wszystkich bajek. Każdego dnia zamiast się poprawiać – było coraz gorzej. W procesie tym towarzyszyła mi Magda, książki Susan Forward oraz Johna Brashawa. Był ktoś jeszcze – BYŁA MAŁA ELUNIA. Tak bardzo upokorzona, zdruzgotana, znerwicowana, upodlona i zmaltretowana. Ona była gotowa ZABIĆ za to wszystko co JEJ zrobiono. JA DOROSŁA uparłam się, że PRZEJDĘ PRZEZ TE WSZYSTKIE rany i ranki, uczucia i wyjdę z tego zwycięsko. „Skoro Magdzie się udało to mi też się uda!“ UDAŁO SIĘ – przeszłam, wyszłam, żyję. Nienawiść i Poczucie krzywdy zamieniły się w MIŁOŚĆ i ZROZUMIENIE dla mojej mamy, ALE co najważniejsze – ZAMIENIŁY SIĘ W MIŁOŚĆ I ZROZUMIENIE DLA SAMEJ SIEBIE. Tak to jest, że jak nienawidzimy własne matki to nienawidzimy samych siebie. Jak jesteśmy w „zgodzie” ze swoimi matkami/ze swoim dziedzictwem/ze swoją historią – jesteśmy z zgodzie z samymi sobą.

Życzę każdemu z Was wszystkiego dobrego z okazji DNIA MATKI, bo każdy z Was jest Matką i Ojcem dla swego wewnętrznego dziecka. Zadbajcie o to by tym razem była to dobra osoba…

UWAGA!

Pisząc o ZGODZIE z własną matką mam na myśli ZGODĘ na SYTUACJĘ. Zgodę na to JAK BYŁO, JAK JEST. Zgodę na swoje UCZUCIA względem matki. Zgodę na to CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE. Zgodę na to, że matka nie była i nie jest wystarczająco dobra. A przede wszystkim zgodę, że nigdy NIE BĘDZIE taka jakiej potrzebowaliśmy. Tylko z takiej pozycji możliwe jest „zajęcie się” SOBĄ/zaprzestanie trzymania się maminej spódnicy. Tylko z takiej pozycji możliwe jest SZUKANIE rozwiązań/odreagowanie. Nie po to by komuś dokuczyć, czy się zemścić, ale po to by oczyścić swoje SERCE i DUSZĘ z bólu, który niczym WIELKA kula u nogi tłamsi, spowalnia a czasem całkowicie blokuje w nas przepływ sił witalnych, przepływ życia…

ZMOWA MILCZENIA

W ilu rodzinach kultywuje się strategię zamiatania pod dywan? W zgodzie z dulskim rozumowaniem Swoje brudy należy prać w czterech ścianach, albo to Nie jest/nie było tak źle lub Nie mów nikomu, co się dzieje w domu. Co musi się stać by wreszcie powiedzieć, a przede wszystkim ZOBACZYĆ zło, które dzieje się wokół nas? Czy żeby przejrzeć na oczy – potrzebny jest kolejny Josef Fritzl, kolejne beczki z dziećmi, kolejna matka zamordowana przez własnego męża…??

Pisząc ten blog wiedziałam na co się narażam. Narażam się na ataki, oskarżenia i opluwanie. Tylko dlatego, że postanowiłam się wychylić i otwarcie pisać o tym o czym NIE WOLNO mówić, pisać a nawet myśleć… NIE WOLNO i NIE WYPADA. „To przecież rodzice! Rodziców TRZEBA szanować! Jak tak można?!” Krzyczą Ci, którzy sami wypierają swoją złość na własnych rodziców lub Ci którzy nie zaznali „zła“ w swoim domu, a zwłaszcza Ci którzy na sumieniu mają najwięcej i podświadomie czują się winni…

Ja tam nie chcę powielać życia mojej matki, mojego ojca, a na blogu dzielę się tym czego się nauczyłam i co „zadziałało“ na mnie.

Wracając do tematu – Przez całe moje życie obserwuję pewną postawę/przeświadczenie, że dzieci to nie ludzie, że dziecko nie czuje i nic nie rozumie. Taki jest mój odbiór tego wszystkiego. Rodzic może robić co chce. Może pić, bić, maltretować, może molestować, może gwałcić, ALE należy mu się szacunek. A właściwie dlaczego? No właśnie? Dlaczego nie ma przykazania Szanuj syna i córkę swoją? Istnieje taka swoista ZMOWA MILCZENIA. O bestialstwie innych/obcych ludzi krzyczy się głośno, ale jeśli chodzi o „swoich domorosłych bandytów” nabieramy wody w usta, bo nie wypada, bo wstyd. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nic nie pamięta. Nie ważne, że Cię zaniedbali, że porzucili, że złamali Ci „kark”. Nie ważne, że Twój mąż codziennie wykręca Ci ręce na dzień dobry, a na dobranoc gwałci. TY MASZ SIEDZIEĆ CICHO! Nie możesz nic powiedzieć mimo iż od dawna jesteś dorosły/dorosła. Kogo chronisz? No na pewno nie siebie. To tak jak z katyńskim kłamstwem. Wszyscy wiedzieli kto dokonał zbrodni, ale twardo trzymali się FAŁSZU, bo strach się wychylać. Ba! Bo tak wygodniej. Smutna prawda jest taka, że nie da się wyjść z czegoś, rozwiązać swoich problemów, zoperować „karku“, póki po uszy pływa się w iluzji/zaprzeczeniu. Póki Twoje życie to jeden wielki kołowrotek przemocy. Nie da się tego zrobić w zamkniętej klatce.

A jeśli już dokopiesz się do prawdy i zdecydujesz się na wyartykułowanie musisz przygotować się na jedno – rodzina będzie bronić iluzji rękami i nogami. To Ty będziesz winna, chora psychicznie, wygadująca herezje, bzdury, bo oni nie pamiętają tego wszystkiego, a właściwie nie chcą pamiętać. Pamiętają tylko to co im uczyniono. Pamiętają tylko to co chcą pamiętać. O mechanizmach NIEBEZPIECZNE SEKRETY i PATOLOGIZACJA pisze w swojej książkę „Szantaż emocjonalny“ Susan Forward:

Wiele rodzin, które ukrywają wstydliwe sekrety: nadużycia wobec dzieci, alkoholizm, choroby emocjonalne czy samobójstwo, milcząco umawia się, by nigdy o tych sprawach nie rozmawiać. Ale kiedy jedna z osób zaczyna zmieniać postępowanie, wycofując się z systemu rodzinnego, który przetrwał dzięki zaprzeczaniu i utrzymywaniu sekretów, inni członkowie rodziny mogą ją nazywać szaloną i niezdolną do przebaczenia oraz oskarżać o niszczenie rodziny. A to wszystko dlatego, że ośmiela się ona mówić o wydarzeniach, których zaistnieniu od dawna się zaprzecza. Taki rodzaj patologizacji widywałam często, kiedy specjalizowałam się w pracy z dorosłymi, którzy jako dzieci padli ofiarą fizycznych czy seksualnych nadużyć. Kiedy moi klienci wracali do zdrowia, chcieli porozmawiać z członkami swoich rodzin o własnych doświadczeniach, ale najczęściej napotykali na opór rodziny i próby powstrzymywania ich przed przerywaniem milczenia (…) To pewniak, że im większe problemy w rodzinie, tym bardziej stara się ona blokować swoich członków, które próbują wrócić do zdrowia. I nazbyt często szantaż okazuje się skuteczny. Groźby opuszczenia, wygnania, kary, odwetu i całkowitej dezaprobaty czy pogardy mogą złamać postanowienie danej osoby, której odważne próby powrotu do równowagi zostały uznane za egoistyczne, niepotrzebne i destruktywne (…) Zdrowe próby ujawnienia i omówienia wydarzeń z przeszłości, często spotykają się z odrzuceniem przez innych członków rodziny, którzy nazywają je fikcją, przesadą, produktem chorego umysłu (…) patologizacja sprawia, że przestajemy wierzyć we własne wspomnienia, polegać na własnych sądach, swojej inteligencji i własnym charakterze. Ale w wypadku patologizacji stawka jest jeszcze wyższa. To narzędzie może sprawić, że zaczynamy wątpić w nasze zdrowie psychiczne”.

Mimo wielu lęków, obaw i nacisków – Nie dałam się złamać.

Pamiętam jak czułam mega nerwa na to zaprzeczanie. Na zaślepienie co poniektórych. Myślicie, że co ja słyszałam jak podczas mojej pierwszej terapii gdy zebrałam odwagę i powiedziałam do mojego ojca, że bił moją matkę. Zacisnął ze złości dłonie, zęby i wykrzyknął: „Ja? Ja nigdy jej nie uderzyłem!“ Byłam w szoku. To powiedział człowiek z wyrokiem na koncie za znęcanie się. Moja mama latami się wypierała niektórych „rzeczy“. Jeszcze rok temu też się nie przyznawała. Do części spraw tak, ale jak rzuciłam jej cytatem tak bardzo okrutnym – to stanowczo zaprzeczyła mówiąc – „No to, to już naprawdę zmyśliłaś.“ Nic nie zmyśliłam wiem to ja, wie to moja siostra, dzisiaj nawet moja matka wie. Nareszcie dotarło do Niej. Ostatnio ktoś „życzliwy“ doniósł mojej mamie o blogu. Nie wiedząc o tym zadzwoniłam do Niej jak gdyby nigdy nic i zapytałam „Co robisz?” „Czytam Twojego bloga…” Serce podskoczyło mi do gardła. (Nie chciałam jeszcze się ujawniać. Nie byłam na to gotowa). To co usłyszałam przerosło moje najszczersze oczekiwania. Moja mama powiedziała- „Tak to wszystko prawda. Tak było“. Postawa mojej mamy sprawiła, że czułam ulgę i miłość. Miałam wrażenie, że była wzruszona i płakała, bo widziała w moich postach samą siebie sprzed 60 lat, małą skrzywdzoną dziewczynkę, która nieświadomie zrobiła to samo swojej córce. Powiedziała do mnie z wielkim smutkiem „Ja naprawdę nie chciałam“. Coś między nami zostało odblokowane. Moja krzywda, moja prawda została uznana. JA zostałam uznana.

Tak to jest – tu nie ma winnych. Nikt nie jest winny. Taki jest świat, że traktujemy innych tak jak nas traktowano, a Polacy noszą w sobie wyjątkowo dużo bólu… Ale czy to oznacza, że mamy przymykać oczy na WŁASNĄ krzywdę? Czy mamy zepchnąć swoje uczucia na samo dno szlachetnie zmuszając się do wybaczenia. Czy mamy żyć w nieszczęściu i powielać niezdrowe wzorce i schematy? Czy mamy tkwić w piekle?

Nie! Dzisiejszy świat, technologie, instytucje oferują nam taką wiedzę i tyle form pomocy, by przerwać ten gorzki cykl powtórzeń.

Ale żeby to zrobić – najpierw trzeba zobaczyć co się dzieje/działo? Zobaczyć gdzie w tym wszystkim jestem/byłam ja? NAJPIERW UCZCIĆ SIEBIE.

Możesz czuć się podobnie, gdy poślubiłaś psychopatę i nikt Ci nie wierzy w Twoją historię. Niestety, ale tacy ludzie to niezwykle przebiegli dobrzy aktorzy. To kameleony o dwóch twarzach. Na zewnątrz inni, a w domu wiadomo co… Zdrowy człowiek, to taki, który nie potrzebuje niszczyć drugiego by sobie ulżyć, by samemu poczuć się lepiej. I do takiego stanu trzeba dążyć dla siebie i swojego życia. Niestety nie dzieję się to poprzez szlachetne teorie, religie, czy podejścia filozoficzne. Przemoc domowa nie zniknie tylko dlatego, że zamkniesz drzwi i odmówisz różaniec.  Żeby to przerwać- trzeba je otworzyć na oścież i zawołać POTRZEBUJĘ POMOCY! ŻYJĘ W PIEKLE! Nie warto poświęcać życia swojego i swoich bliskich tylko dlatego, że się boisz, tylko dlatego, że się wstydzisz. Cena jest za wysoka, zbyt wysoka. Płacisz Ty, płacą Twoje dzieci i zapłacą Twoje wnuki. Nie oddawaj szczęścia swojego ani swoich dzieci na ołtarzu, tylko dlatego ze jakiś jeden mądry duchowny, pobożna teściowa wmawiają Ci, że małżeństwo to do końca życia, tylko dlatego, że szkoda Ci wspólnego majątku, bo finalnie to to Ty ponosisz największy koszt. Pytanie czy warto? Czy warto zmuszać siebie i swoje dzieci do życia w domowej patologii? Może czas wyjść z Fritzlowej piwnicy?

PAMIĘTAJ!

  • Nie ma zdrowia tam, gdzie jest kłamstwo, zaprzeczenie, iluzja. Prawda szuka ujścia. Jeśli świadomie jej nie „przygarniesz“ – życie znajdzie inny sposób, by wyrazić to co przemilczane.

  • Żeby żyć w zgodzie ze sobą rodzic/partner NIE MUSI oprzytomnieć i zobaczyć co się stało/co zostało Tobie zrobione.

  • Będziesz czuć nerwa, wściekłość. To normalne. Jak nie chcą zobaczyć to ZOSTAW. Nie czekaj – zajmij się swoją podróżą i drogą do zdrowia.

  • Nie staraj się na siłę ich zrozumieć i na siłę wybaczyć. Bo na etapie pootwieranych/nieopatrzonych ran to nic nie daje. Tracisz tylko czas i „szarpiesz“ się sama/sam ze sobą. Zrozumienie przyjdzie samo w odpowiednim momencie.

  • Terapia to nie wstyd.  Paradoksalnie najzdrowsza jednostka z rodziny intuicyjnie  widzi i czuje to co się dzieje (widzi najtrzeźwiej) i to ta właśnie osoba decyduje się sięgnąć po pomoc.

  • NIE DAJ SIĘ ZŁAMAĆ! Bądź wierny/wierna SOBIE.