PRZYJMUJĘ…

Jakiś czas temu otworzyłam własną praktykę oraz złożyłam wypowiedzenie z korporacji. Poczułam, że pragnę robić to do czego czuję POWOŁANIE mimo iż bałam się o swoją przyszłość, o to czy podołam, czy ktoś w ogóle się do mnie zgłosi? Zadziało się! Oj zadziało się! BOOM! Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Nie mogłam. Patrzyłam na swoje konto w banku i nie wierzyłam własnym oczom. Ludzie zaczęli wpłacać mi pieniądze za pakiety po jednym majlu. Wiadomości typu: „Ja chcę tylko z Tobą pracować! Podaj numer konta“ Po kilku sesjach okazało się, że jestem w tym dobra. Konto w banku rosło, a Ja? Ja zaczęłam się BAĆ… Że to tylko sen, że pęknie jak bańka mydlana…. Cieszyłam się bardzo, kupiłam sobie nowy telefon, ale po dwóch tygodniach myślałam, że nie mogę ruszać tych pieniędzy, bo to na czarną godzinę, a co jak przestaną się  do mnie zgłaszać? Kto będzie spłacać kredyty? Z czego będę żyć? Patrzyłam na swoją kurtkę zimową z popsutym zamkiem i myślałam „Cholera – boję się wydać kasę. Przecież muszę mieć gdyby coś poszło nie tak!“ Jednocześnie dostawałam pytania o sesje i aż mnie odrzucało. A właściwie ja odrzucałam w głowie klientów. Tak jak bym nie chciała wreszcie korzystać z życia, żyć na poziomie, żyć godnie. Zdałam sobie sprawę, że nie umiem, a właściwie trudno mi przyjmować. Nieświadomie oczywiście, ale czułam się tak jakby pieniądze mnie parzyły. Ja tam mogę komuś płacić, ale mi?? To już nie bardzo…

Trafiłam na filmik Justyny Pettke o pieniądzach/przekonaniach. Oglądając to późno w nocy cała się trzęsłam. Strach przeszywał mnie na wskroś. Ona mówiła o mnie. Chciałam koniecznie z Nią porozmawiać. Umówiłam się na sesję, bo w głębi siebie czułam, że Ona mnie zrozumie…

Justyna mi opowiadała o swoim doświadczeniu z pieniędzmi i jak wspomniała o swoim tacie to aż krew mi zabulgotała w żyłach. Przerwałam i powiedziałam Jej => „TAK! TO to! To o to chodzi!“ Pociągnęłyśmy temat ojca i ja poczułam przepływ energii, ciepła, emocji przez moje ciało. Wprost do mojego serca. Zaszkliły mi się oczy…

Po zakończeniu sesji – leżałam na łóżku i dostałam „wizję“:

Mój tata stoi naprzeciwko mnie, a ja powtarzam do Niego i jednocześnie do Życia:

PRZYJMUJĘ, PRZYJMUJĘ, PRZYJMUJĘ i tak kilkanaście razy. Po chwili tata usunął się na bok i ustawiła się do mnie kolejka kobiet na sesje. Każda trzymała w dłoni 60 euro. Tym razem przyjmowałam swobodnie, a mój tata za każdym razem gdy brałam pieniądze do ręki – Krzyczał TAAAAK! TAAAAK! Kobiety odchodziły z wdzięcznością, że im pomogłam, a one mogły mi zapłacić…

Gdy się ocknęłam czułam miłość, czuję ją nadal do taty. Coś się odblokowało. Usłyszałam w swojej głowie moje własne myśli, ale zarazem jakby były to słowa mojego taty „A teraz idź sobie kup coś dobrego na śniadanie, a potem jedź kupić kurtkę.“

Wzruszona poszłam do Alberta – wszystkiemu co wkładałam do koszyka mówiłam PRZYJMUJĘ.

Po czym – sesja tym razem z moją klientką i gdy mi powiedziała, że decyduje się na pakiet też powiedziałam w duchu PRZYJMUJĘ. Kolejna sesja dziś wieczorem, a ja nic innego nie robię tylko leżę i mówię TAK Sobie, Tacie, Życiu => PRZYJMUJĘ

P.S.

Kolejny dowód na to, że aby być „w zgodzie“ z rodzicami wcale nie trzeba mieć z nimi kontaktu. Pamiętajcie jednak, że ja przeszłam długą/bolesną/pracowitą „drogę”, aby być w tym miejscu i czuć to co czuję  i do kogo czuję. NIE OD RAZU KRAKÓW ZBUDOWANO. To, że u mnie się tak teraz dzieje – nie oznacza, że u Ciebie powinno. I to też jest ok…

DO PIEKŁA I Z POWROTEM

JESTEŚ ŁAJNEM! PRAGNĘ ŻEBYŚ KU*WO ZDECHŁA! Tak, takie słowa wychodziły ze mnie podczas terapii. Tego typu wyzwiska, zdania zapisywałam w „niemych“ listach do własnej matki. Na podziurawionych kartkach papieru w sensie dosłownym i przenośni. To na nie spływały moje łzy, to mój wkurw robił dziury długopisem, to papier przepełniony goryczą, poczuciem krzywdy, chęcią zemsty, odwetu, ale i bezsilnością na to, że ona tego nie chce słyszeć, nie przyznaje się, nic nie pamięta…

Pragnęłam żeby moja krzywda została uznana/usłyszana. Ja nawet nie chciałam zadośćuczynienia. Ja chciałam, żeby powiedziała Tak to prawda, co mówisz. Przepraszam. Tyle by mi wystarczyło. Ale nie…

Co słyszałam „Ludzie przeżyli obozy koncentracyjne i jakoś żyją!“ „Nie wracaj do tego.“ „To było“ „Ileż można do tego wracać?!“ „NIEPRAWDA”. Bolało mnie to jak cholera. Takie słowa i to, że ona się do niczego nie przyznaje. Męczyłam się tak przez 10 lat chodziłam na różne terapie i wkurw na matkę odpalał mi się co jakiś czas. Wtedy nie mogłam na nią patrzeć, wymiotowałam na samą myśl o tej kobiecie. W moim domu DOKŁADNIE wiedzą, że ja najbardziej oberwałam. Nawet już się moja matka nie dziwiła, że co jakiś czas urywałam kontakt. Wtedy mówiła „Znowu jej się zaczęło.“ Inni mówili gorzej np. że jestem w sekcie, że nienormalna, że znowu mi odbiło. Tak „odbijało“ mi co jakiś czas. Głównie do niej. Bo to moja matka. To ona mnie nosiła pod sercem. Bo ja jestem z niej i tak naprawdę była najbliższą mi osobą. Skoro najbliższą to najbardziej bolało to co robiła, co mówiła i tego czego nie robiła chociaż powinna…

Pracując z wewnętrznym dzieckiem + z mega wściekłością nieraz w swojej głowie tłukłam swoją matkę. Miałam ochotę ją zastrzelić. Robiłam to! Strzelałam z karabinu. Tak – to jedyne co mogłam zrobić. Taka byłam wściekła!

Z czasem przyszła do mnie potrzeba powiedzenia jej tego w twarz. Wywaliłam wszystkie swoje żale, smutki, wkurw przez telefon. Nie patrzyłam na formę. O czym zapomniałam – dopisywałam smsami. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko. Oddać jej to całe gówno, które wrzuciła na mnie.

Po 10 latach bezskutecznych prób, ignorancji, kompletnego zaprzeczania z jej strony – odpuściła mi potrzeba uznania moich krzywd. Jak to możliwe? Sama uznałam to co zostało mi zrobione oraz moja matka została zbombardowana z taką SIŁĄ której nie mogła odepchnąć, nie mogła przejść obojętnie. Tym razem już się nie cackałam. Nie obchodziło mnie, że nie chce słuchać, że sama została skrzywdzona. Nie obchodziło mnie to jak ona się z tym poczuje. Stanęłam po SWOJEJ stronie. Byłam wierna SOBIE. Postawiłam wszystko na jedną kartę – „Masz to usłyszeć, a ja mam prawo to powiedzieć!“ Dlaczego to się udało? Skąd ta wielka siła, ten OGIEŃ. Rozpaliła go M. Szpilka. Nie zrobili tego inni tradycyjni, mega doświadczeni, kształceni terapeuci. Nie stało się to na wieloletnich profesjonalnych terapiach. Nie załatwiły tego mądre teorie psychologiczne. Odzyskać SIEBIE, swoją WEWNĘTRZNĄ MOC pomogła Ona – Kobieta która nie jest Psychologiem z wykształcenia, a z powołania. Sama przeszła swoją drogę. Ona doskonale wiedziała jak to smakuje. Ona nie usprawiedliwiała mojej matki, ona STAŁA całą sobą za MNĄ. Za moją historią. Czasem miałam wrażenie, że czerpałam siłę z jej siły. Ona wiedziała co robić, nie bała się „radykalnych“ słów, wizualizacji, medytacji. Ona znała to z autopsji. Bowiem tylko ten kto sam WYSZEDŁ z piekła zna SKUTECZNĄ drogę wyjścia…

P.S.

Dziewczyny to normalne, że tak czujecie, ze tak macie, że macie chęć zemsty, odwetu. Dużo kobiet tak ma tylko głośno o tym nie mówią. TAK – O TYM GŁOŚNO SIĘ NIE MÓWI!

Wiele z Was pyta – co jeśli matka nie chce się przyznać? Czujecie się jak w więzieniu. Wiem, też tak się czułam. Mi pomogło samo wywalenie. Moja matka przyznała mi rację/uznała moje krzywdy dopiero po przeczytaniu mojego bloga – czyli jakieś 7 miesięcy po uwolnieniu gniewu. Paradoksalnie stało się to wtedy gdy ja już tego ani nie oczekiwałam, ani nie potrzebowałam. Uwalnianie trwało 5 miesięcy. Codzienna praca + raz na 10 dni sesja indywidualna. Samo to, że ja z taką wielką siłą jej wywalałam oraz przelewałam to na papier podczas tych 5 miesięcy sprawiało, że ona już nic nie mogła. Nawet jeśli gadała, że „To nieprawda!“, że jak mnie zostawiła to „Byłaś przecież prawie dorosła.“ lub „To już naprawdę zmyśliłaś!“ po pewnym czasie nie miało dla mnie znaczenia. Moja siła została uaktywniona i dodatkowo podtrzymywana na terapii.

Znam kobiety, które zrobiły to bez bezpośredniej konfrontacji. Tak też można. Może to trudniejsza „droga“, ale wiem, że się da.

Może u Ciebie potrwać to dłużej, ale WARTO. To najlepsze co mogłam dla siebie zrobić. Wywalić truciznę. Ona zabija od środka Ciebie, zabija Twoich bliskich, zabija Twoje życie…

CO WESZŁO – MUSI WYJŚĆ!

MASZ WPIERDOL!!!

Tak, to ja Ela – byłam WORKIEM TRENINGOWYM dla mojej matki. Słyszałam te słowa, gdy była wkurzona, sfrustrowana. Na kogo? Nie na mnie…na życie, na pracę, na swojego męża przemocowca. Eh… Po pewnym czasie stało mi się to obojętne i robiłam co „chciałam“, bo wiedziałam, że nie ma żadnej reguły, żadnej zasady. Czy jestem winna, czy nie? Czy coś zbroiłam, czy nie – „I tak dostanę WPIERDOL.“ Nawet – moja matka sama zaczęła żartować/szczycić się tym, że tak robi… że traktuje swoją córkę jak ODSTRESOWNIK. Jakie to przykre. TRAGEDIA, że ktoś kto nosił mnie pod sercem – traktował mnie jak rzecz…

Kilka przykładów:

  1. Sezon truskawkowy –  Przyszła pracownica do mojej matki i oznajmiła jej, że odchodzi z pracy. Matka do niej, że ok. Po chwili odwróciła się do mnie wściekła, że nie ma komu zbierać tych zasranych truskawek i powiedziała „MASZ WPIERDOL!“

  1. Bardzo często wracała wkurwiona z pracy i już od progu darła się „ELA, MASZ WPIERDOL!“  Ja już wiedziałam co to oznacza…

Z czasem nic nie czułam. Wyłączyłam czucie bólu. Zaczęłam robić „co mi się podoba.“ Skoro nie ma żadnych reguł? Skoro i tak dostanę wpierdol? Kiedyś coś broiłam. Jedno z mojego rodzeństwa przyszło do mnie i powiedziało „Dostaniesz za to wpierdol.“ A ja na to obojętnie „I tak dostanę“. Było mi już wszystko jedno. Do tej pory w mojej rodzinie gadają, że „Najwięcej wpierdol dostała Ela.“ A co z resztą WPIERDOL? Resztę otrzymała moja starsza siostra. Kiedyś opowiedziała mi, że jako kilkulatka, podeszła do mojej matki, gdy ta rozpalała w piecu centralnym. Moja matka wkurwiona, że nie chce się rozpalić – zaczęła bić kilkulatkę ciężką, metalową kratką od pieca. Podobno wkroczyła moja babcia z krzykiem „CO ROBISZ?? ZABIJESZ DZIECKO!!“.

Jakie były konsekwencje słynnego WPIERDOL?

Bałam się ludzi. Bałam się dotyku. Na dotyk, przytulenie reagowałam strachem. Bałam się, a jednocześnie pragnęłam DOBREGO, KOJĄCEGO DOTYKU, pragnęłam PRZYTULENIA. Pragnęłam CIEPŁA…

Moje niezaspokojone potrzeby wrzucały mnie w ramiona toksycznych facetów. Myliłam seks z miłością. Szłam do łóżka, bo potrzebowałam ciepła. Ciepła, którego nie dał mi ojciec, którego nie czułam od matki… Dawałam się „przytulić“ facetom, którzy zasługiwali co najwyżej na  SKOPA. Zaprzedawałam Siebie za okruchy udawanej miłości. Nie miałam żadnych granic. Myliłam wszystko. Brak reguł. Brak zależności przyczynowo skutkowej. Coś Ci to przypomina? Tak –  w domu rodzinnym też nie było żadnych reguł, żadnych zasad, żadnych granic, zero szacunku…

Bez przerwy czułam GŁÓD dotyku. Głód dobra. Już jako dziecko przytulałam się do chłopaków. Nic więcej. Ja pragnęłam tylko żeby mnie ktoś przytulił.

Szukając mężczyzny – Chciałam, aby ktoś był dla mnie dobry. Tylko dobry. By ktoś wreszcie mnie pokochał. O ironio – moja matka jak wychodziła za mojego ojca też miała takie pragnienie. Świadomie, czy nie zafundowała, a właściwie oboje zafundowali swojej córce to samo marzenie.

Tak mają dorosłe, maltretowane dzieci. Mają problemy z seksem, z bliskością, z samymi sobą. To dzieci niekochane, to dzieci nieutulone, to dzieci, które dziś na nas czekają. Czekają i wyją z głodu.  Z głodu UWAGI, UCZUCIA, DOBREGO SŁOWA. Z głodu MIŁOŚCI…

Zadbajcie o to, by się doczekały ❤

DRAMAT PORZUCONEGO DZIECKA

Przypiliło mnie życie by napisać o najtrudniejszym czasie mojego życia, a mianowicie o TRAUMIE PORZUCENIA. Zwlekałam z tym tematem, bo chciałam go poruszyć na YouTube. Niestety nie umiem o tym opowiedzieć bez emocji, bez uczuć, bez łez… Głos mi drży. Gardło ściska. Dużo już w tym temacie zrobiłam. Nie myślę o tym na co dzień. Ograniczyłam wpływ tego wydarzenia na moje życie do minimum. Jednak od czasu do czasu echo tego co się stało odbija mi się czkawką. Z głębokimi ranami jest tak jak ze złamanym, zrośniętym kolanem, które pobolewa przy zmianie pogody…

Miałam 13 lat. Moi rodzice zbankrutowali. Może i dobrze, bo już tak się kłócili, że poważnie myślałam o odebraniu sobie życia… Coś we mnie pękło. Ten dom mnie zabijał. Nie mogłam już tego znieść. Tych wiecznym kłótni, wyzwisk, bijatyk… Zbankrutowali i postanowili się rozstać. W tym czasie każdy próbował „ugrać“ dla siebie jak najwięcej, by spieprzyć jak szczur z tonącego okrętu… Ja byłam niepełnoletnia. Ale kto by się mną przejmował. Dodatkowo jeszcze te bachory w szkole i to wieczne dokuczanie. Nikt z nauczycieli, mądrzy rodzice „nie widzieli“ co się dzieje. Może tylko nie chcieli widzieć… Eh… szkoda gadać… 

Pamiętam Sylwestra – moja matka poszła na niego, do swojego faceta. Nie podejrzewałam, że jej nowy związek, jej nowe „szczęście“, jej nowe życie to moja emocjonalna śmierć. ŚMIERĆ przez duże Ś. Jedyne co jej się udało zrobić dla mnie w tamtym okresie to przeniesienie mnie do innej szkoły gdzie choć przez kilka miesięcy miałam spokój. Jestem wdzięczna pracownikom tej szkoły. Czasem sobie myślę, że coś nade mną czuwało, że musiałam dostać trochę akceptacji by pójść dalej. Nie miałam tego w domu więc nic dziwnego, że ludzie na zewnątrz tego nie przejawiali. Zwłaszcza dzieci, które bywają okrutne…

Wracając do rodzinnego piekiełka to mój tata mieszkał jeszcze ze mną przez 2 miesiące od wyprowadzki matki. Zapadłam na depresje. Zapadłam w zimowy sen. Sen który pozwalał mi nie czuć. Nie patrzeć na to co się dzieje. Mój ojciec wybudzał mnie z mojej śpiączki, by nakarmić mnie gorącym kubkiem. Pamiętam, że na wpół przytomną karmił mnie łyżeczką… Pewnego dnia wparowała moja matka i kazała mu wypierdalać, bo to ona budowała ten dom. No to wypierdolił i zajął się swoja „nowa rodziną”… Mój brat już dawno się zmył do swojej dziewczyny. Siostra w Warszawie. Zostałam sama. Pogrążona w smutku, którego nie czułam, bo przecież wiecznie spałam. Dotrwałam do końca roku szkolenego i się obudziłam. Na moje nieszczęście… 

Pamiętam jak moja matka przyszła od swojego faceta zbierać agrest. Po jednej stronie krzaczka byłam ja a po drugiej ona:

– Mamo wróć.

– Nie wrócę!

– Dlaczego?

– Bo ja jego kocham.

Coś we mnie pękło. Dziecięca logika doprowadziła mnie do wniosku, że skoro nie chce ze mną być, że woli z nim, że jest z nim, bo go kocha oznacza to, że mnie NIE KOCHA. 

Skończyłyśmy z agrestem. Poszła. Znowu zostałam sama.  Ból przeszywał całą moją duszę. Poszłam na górę i zawiesiłam sznurek na żyrandolu. Nie, nie chciałam umrzeć. Chciałam tym aktem zwrócić na siebie uwagę. Że ja też jestem. Może wtedy ktoś by się zaineteresował. By ktoś zobaczył, że jestem. CHCIAŁAM MAMĘ…

Zabrakło mi odwagi. Do tej pory widzę małą dziewczynkę skuloną, płaczącą z bezsilności. Nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam jej zmusić do powrotu. Ba! Nie mogłam jej zmusić do uczuć. To nie była już ta sama moja mama. Kiedyś przynajmniej miałam z nią złe, ale też i dobre chwile. Teraz nic. Kompletna pustka. Zaczęłam „biegać“ za własną matką. Próbowałam przynajmniej. Chodziłam tam gdzie mieszkała i żebrałam o okruchy miłości. Za każdym razem zderzałam się ze ścianą. Z kulą śniegową, z obojętnością. Czasem myślałam, że się naćpała jakiś leków zobojętniających, bo jedyne co widziałam w jej oczach to ZNIECZULICA. 

Poddałam się. Nie dałam rady wrócić w jej łaski.

Zapadłam w jeszcze większy dół. Marazm wymieszany z wkurwem. Tęskonta za miłością wymieszana z nienawiścią. Dopadła mnie druga twarz depresji – BEZSENNOŚĆ. Sama nie wiem co gorsze?? Tym razem nie mogłam uciec w sen. Tym razem dopadły mnie wszystkie demony. Demony w sensie dosłownym i w przenośni. Nie mogłam spać. Zasypiałam dopiero nad ranem, gdy trzeba było wstawać. Nikogo nie obchodziło jak się czuję. I ten paniczny, obezwładniający lęk. Jak już zasnęłam – to zaraz budziłam się z krzykiem – DEMON. Tylko on mi dotrzymywał towarzystwa. Śnił mi się codziennie. Towarzyszył mi również na jawie. Zawsze przychodził w otoczce lęku. Tak bardzo się bałam. Tak bardzo chciałam żeby ktoś mnie przytulił. By powiedział JESTEM. Był tylko on.

W domu odcięli prąd. Byłam sama. Pamiętam swoje podkrążone oczy. Pamiętam, że nawet się nie myłam. Rozczochrana. Śmierdząca. Cały czas w tej samej koszulce i majtkach. Wiecznie niewyspana, zmęczona, traciłam wzrok. Znajomy policjant zatrzymał mnie na ulicy pytająć, czy mam ciepło w domu? KŁAMAŁAM. Bałam się przyznać, że od roku mieszkam sama. Ukrywałam prawdę ze strachu, ze wstydu. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że moja prawda oznacza zabranie praw rodzicielskich. Chroniłam matkę. A kto chronił mnie…??

W ciągu pierwszego roku liceum straciłam 5 dioptrii. I stało się. Zawaliłam. Nie przeszłam do kolejnej klasy.  Ale kogo to obchodziło wtedy? Nikogo nie obchodziło brak prądu, samotność i ból. Nie obchodziło ich, że często chodziłam głodna. Do tej pory słyszę od co poniektórych wypominajcym tonem słowa „Nie zdałaś! Miałaś problemy z nauką“. Tego typu żmijowate teksty słyszałam jeszcze 3 lata temu od kogo? Od rodziny jednego z mojego rodzeństwa.  Dlatego tez zerwałam kontakt z ludźmi którzy kopią leżącego, którzy czerpią przyjemność z obgadywania, z dogryzania innym. Z ludźmi, którym brakuje autorefleksji, empatii i samokrytyki… Czasem się zastanawiam – po jaką cholerę biegają do kościoła skoro krzywdzą innych? Przez wiele lat to cierpliwie znosiłam, ale teraz BASTA!

Na standardowej terapii mówiłam o tym czasie, ale jakoś tak samo mówienie, sam placz nie pomógł…

Wydarzenia te wróciły do mnie podczas pracy z książką Bradshawa. Pewnej nocy w 2016 roku obudziła mnie ONA. Na wpół przytomna oczami umysłu zobaczyłam Ją. Stała w piwnicy, w tych samych majtkach i koszulce. Rozczochrana. Pod oczami podkowy od płaczu i z niewyspania. Stała i patrzyła do góry na mnie dorosłą. Obudził się mój demon. Pomyślałam „O NIEEE! Tylko nie Ona. Ja tego już drugi raz nie przeżyje.“ Była 4 rano. O 5 wstawałam do pracy. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam wtedy do Niej – „Ok, zajmę się Tobą jak wrócę z pracy“. Dlaczego nie zrobiłam tego od razu? Wiedziałam, że to najgrubszy kaliber z moich traum. Wiedziałam, że może mnie to rozwalić na kilka godzin, dni, tygodni, miesięcy…

Po powrocie z pracy wróciłam do tego obrazu. Weszłam w tą sytuację z przed lat i pierwsze co to dostałam od Niej w mordę. Pobiła mnie. Stłukła mnie do krwi. Moje własne wewnętrzne dziecko, a właściwie wewnętrzna nastolata mi zwyczajnie wpieprzyła. Taka była zła i wściekła. Nie na mnie. Była zła na ten cały świat. Na całą znieczulicę. Na ślepotę, a zwłaszcza na matkę. Zobaczyłam jak się spala od środka. Czułam jej wściekłość. Na moje ciepłe słowa reagowała gniewem. Była tak bardzo skrzywdzona. Niczym zmaltretowany pies, który nikomu już nie ufa, nie pozwala podjeść i tylko warczy na wszelki wypadek. Powiedziałam wtedy do niej „Dobrze, przyjdę innym razem.“  NIE OCENIAŁAM JEJ.

Kolejnego dnia znowu poszłam do Niej. Tym razem płakała. Tym razem pozwoliła się przytulić. Zaczęło się. Co? Proces ZDROWIENIA mojej najgłębszej rany. Rany ODRZUCENIA. Rany, która odbijała mi się czkawką niczym echo przez całe moje życie. Rany która rzutowała na wszystkie moje związki. Rany która niczym kula u nogi nie pozwalała żyć…

SESJE INDYWIDUALNE

Jeśli rezonuje z Tobą moja osoba/podejście do problemów – ZAPRASZAM Cię na indywidualne sesje skypowe. Częstotliwość sesji dobierasz Ty.

Wewnętrzna TRANSFORMACJA w praktyce. Sięgniemy do głębokich źródeł Twoich problemów, co daje TRWAŁE i WYMIERNE rezultaty. SKUTECZNOŚĆ JEST MIARĄ PRAWDY!

KOSZT:

Sesja jednorazowa 90 min – 60€

Pakiet pięciu sesji (każda 90 min) – 250€ 

Ponieważ łączę wsparcie psychologiczne z pracą na etacie – istnieje również możliwość współpracy późnymi wieczorami oraz  w weekendy.

Zgłoszenia przyjmuję na majla: elajastrzebska@terazja.net

DO ZOBACZENIA 🙂 NIE WSTRZYMUJ ZMIANY!

Po co to wszystko?

* Post ukazał się w grudniu 2016. Robiąc porządek na moim blogu wykasowałam go przez przypadek. Dlatego publikuję ponownie 🙂

Żyjemy w kraju, w którym temat przemocy domowej, bestialstwa oraz okrucieństwa jakiego dopuszczają się rodzice wobec własnych dzieci w dalszym ciągu pozostaje tematem tabu. Głośno krzyczymy o zarodkach, biednych pieskach i kotkach, ale jakoś sprawa przemocy na najsłabszych jest notorycznie zamiatana pod dywan. Z domowymi sadystami nie robimy kompletnie nic, mimo iż miejscem dla wielu z nich jest zakład karny lub oddział zamknięty! Ach! Przepraszam robimy – zwykle gdy jest już za późno. Gdy dojdzie do tragedii. Mało tego – bardzo często obwiniamy za całe zło same ofiary – Bo to takie wredne dziecko jest. Sama się prosiła…

Skutki nadużyć, zaniedbania, emocjonalnego i fizycznego porzucenia ciągną się za człowiekiem całe życie. To one sprawiają, że rozpadają się rodziny w kolejnych pokoleniach. Pogrążeni w emocjonalnym bólu duszy – niszczymy innych, a zwłaszcza samych siebie. Tak bardzo nie chcemy czuć tego cholerstwa, że zapijamy się do nieprzytomności. Uciekamy w narkotyki, leki, słodycze, sex. Choć przez chwilę jest dobrze. Choć przez chwilę nie boli. Dajemy sobie „ciepło”, którego tak bardzo nam brakuje. Ale to tylko ułuda. To prowizoryczne zapychacze. Póki nie zatroszczymy się o siebie. Nie uznamy swoich krzywd. Nie dotkniemy jako dorośli swoich ran, nie wyczyścimy  i nie opatrzymy ich, póty nie ma mowy o poczuciu szczęścia i spełnienia. 

Ten blog ma pokazać ogrom spustoszenia psychicznego, fizycznego oraz emocjonalnego jakiego padają dzieci ze strony tych którzy mieli wspierać i ochraniać, zamiast tego dają ból, cierpienie, nerwicę oraz notoryczne poczucie pustki. Postaram się również pokazać  tragiczne następstwa tzw. czarnej pedagogiki oraz drogę do zdrowia, absurdy niektórych podejść psychoterapeutycznych, medycznych oraz pracy terapeutów. 

Jako dzieci nie mogliśmy trzasnąć drzwiami, wyjść z toksycznego domu. Dziś jest inaczej. Czas powiedzieć stop domowym oprawcom. Czas stanąć po swojej stronie, zatroszczyć się o siebie. Póki nie jest za późno. Póki jest jeszcze czas…

DOSYĆ MILCZENIA! Teraz JA!!!

 

JESTEM NIENORMALNA

Tak o sobie brzydko myślałam. Taką opinię o mnie samej mi wpojono. W jaki sposób? Poprzez dewaluację, poniżanie, wyszydzanie, brak akceptacji oraz słowa, słowa, słowa powtarzane wielokrotnie przez tych, którzy mieli dodawać skrzydeł. W zamian za to wbijali w ziemię. To wszechogarniająca pogarda jaką czułam od najbliższych. Właściwie jako dziecko szacunek czułam tylko od mojej siostry. Od reszty to było szykanowanie, dokuczanie, poniżanie, które później przeniosło się na relacje szkolne, zawodowe, społeczne… W szkole odbywał się ten sam dramat, ten sam taniec. Byłam regularnie „wydziobywana“ z grupy. Wtedy nie widziałam powiązania. Obarczałam winą rówieśników, nauczycieli, później współpracowników. Wszędzie to samo, ta sama historia – BRAK AKCEPTACJI + GORZKI SMAK ODRZUCENIA…

Dziś wiem, że dziecko do 8 roku życia chłonie wszystko jak gąbka. Funkcjonuje na falach hipnotycznych. Dlatego bierze do siebie i uwierzy we WSZYSTKO dosłownie WSZYSTKO co słyszy, co widzi, co wyczuwa, czego doświadczy…

A co ja widziałam, słyszałam, czułam? Słyszałam: „Ciesz się, że Cię nie wyskrobała!“ „Jesteś taka sama jak ten stary chuj!“ „Ty furiatko!“ „Mamo! Ona znowu ryczy!“ „Nie bawcie się z nią, bo ona nie umie się bawić“. Co czułam? Ogromne pokłady pogardy… Za to kim jestem, jaka jestem i że w ogóle jestem… Co widziałam? Widziałam furiatkę szarpiącą moją siostrę za włosy tylko dlatego, że miała odmienne zdanie… Widziałam psychola wyrzucającego moją matkę przez drzwi na klatkę schodową z pytaniem do kilkuletniej wystraszonej dziewczynki „Elunia, wolisz tą kurwę, czy mnie?“ Doświadczałam szykan ze strony jednego ze starszego rodzeństwa, który mógł wesprzeć, stanąć w obronie, ale wolał inaczej…

Jednocześnie przez te wszystkie lata skutecznie mi udowadniano, że to ja jestem nienormalna, że coś ze mną jest nie tak. Uwierzyłam w to. Byłam święcie przekonana, że to prawda. Póki… Póki na sesjach z Magdą zaczęłyśmy przyglądać się tym tzw. normalnym… Poddałyśmy w wątpliwość wszystkie zasłyszane słowa. Ze zdziwieniem odkryłam – kto tak naprawdę był furiatką, kto tak naprawdę nie umiał się „bawić“ ze swoją żoną i dziećmi, kto tak naprawdę był nienormalny…

Zrobiłam sobie test rzeczywistości tzn. wypisałam wszystkie zagrywki, słowa, zachowania osób, które mnie najbardziej zraniły i ze zdumieniem odkryłam, że to nie ze mną był problem. Ja byłam tylko dzieckiem i reagowałam, zachowywałam się adekwatnie do atmosfery domu stworzonego przez dorosłych. Mój gniew stał na straży moich praw. Moje reakcje były odpowiedzią na ZŁO, którego doświadczałam…

Dziś już nikt mi nie jest w stanie wcisnąć kitu, że to ze mną jest coś nie tak, bowiem wiem, że normalny/zdrowy człowiek nie dokuczy, nie upodli… Nie ma takiej potrzeby, bo czuje się dobrze sam ze sobą.

Dziś już wiem, że Oni tak naprawdę mówili sami do SIEBIE, sami o SOBIE. Nie byli tego świadomi. Ich zachowanie, słowa, czyny świadczą o ich głębokim nieszczęściu. O ich własnej tragedii. O ich własnym ubóstwie duchowym…

Dziś już wiem, że moje mniemanie o sobie było POKŁOSIEM złego traktowania, raniących słów, traumy porzucenia.  Było „produktem” NIE MOICH emocjonalnych problemów…

Przytoczę słowa Ronalda Russella – brytyjskiego polityka, który zauważył zależność między tym, jak traktujemy dziecko, a tym jaki człowiek z niego wyrasta:

Dzi­siej­sze nieśmiałe dziec­ko, to to, z które­go wczo­raj się śmialiśmy.
Dzi­siej­sze ok­rutne dziec­ko, to to, które wczo­raj biliśmy.
Dzi­siej­sze dziec­ko, które oszu­kuje, to to, w które wczo­raj nie wierzyliśmy.
Dzi­siej­sze zbun­to­wane dziec­ko, to to, nad którym się wczo­raj znęcaliśmy.

Dzi­siej­sze za­kocha­ne dziec­ko, to to, które wczo­raj pieściliśmy.
Dzi­siej­sze roz­trop­ne dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj do­dawa­liśmy otuchy.
Dzi­siej­sze ser­deczne dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj oka­zywa­liśmy miłość.
Dzi­siej­sze mądre dziec­ko, to to, które wczo­raj wychowaliśmy.
Dzi­siej­sze wy­rozu­miałe dziec­ko, to to, które­mu wczo­raj przebaczyliśmy.

Dzi­siej­szy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziec­ko, które wczo­raj żyło ra­dością.

Dziś rozumiem. Dziś ich kocham mimo wszystko. Ale żeby dojść do tego miejsca przeszłam przez całą gamę uczuć. Zajęło mi to dużo czasu + dużo pracy. Nie polecam tłumaczenia działań oprawców i trywializowania swojej krzywdy/swojej złości, bo to ślepe uliczki. To tak jak z budową domu – zaczynamy od fundamentów, a nie od dachu. Dlatego ZOBACZ jak było NAPRAWDĘ. Nie upiększaj, nie usprawiedliwiaj. Wypłacz, wykrzycz, dopuść do siebie, a dopiero później przychodzi czas na zrozumienie…

Pamiętaj – RYBA PSUJE SIĘ OD GŁOWY. Zadbaj o siebie i zrób to co rezonuje z Tobą. NIC. NIE MUSISZ NIC. Masz prawo nie kochać, nie rozumieć, nie wybaczyć. Jedyne do czego Cię  bardzo zachęcam to do „trzeźwego“ patrzenia na pewne „rzeczy“…